Sam samiutki samotnz jak Piotruð Pan

Z opieki na swobodne priorytety, w które nie będę Was wtajemniczał, przełączyłem się na mecz Udinese – Lazio tuż przed podjęciem drugiej części. Komentatorzy szybko mnie uspokoili, że dużo straciłem, właściwie nic – poza golem Antonio Di Natale. Chwilę się nawet zastanawiałem, czy oglądać drugą część, czy popędzić pilotem gdzieś dobrze. Treść na stadionie w Udine jak zwykle do bani: cicho, smętnie i nijako (ciekaw jestem, jak na tamtejszych chłodnych z natury kibiców wpłynie nowy stadion, gdyż to teraz Udinese jako inny po Juventusie włoski klub wkrótce zabłyśnie nowoczesnym obiektem). Gra Lazio w zeszłych tygodniach same do widzenia nie zachęcała. Rzymianie wyglądają jak maratończyk, który do 30 kilometra biegnie zgodnie z prawami, a nawet kilka szybciej, ale później nogi mu ciążą i wprowadza człapać. Być go dopiero na coraz jeden zryw na świeżym okrążeniu przed metą. Tym dla Lazio będzie wynik Pucharu Włoch z Romą. Argumenty za tym, żeby szukać innych doświadczeń w sobotni wieczór były zatem dość duże, ale górę wzięło skrzywienie zawodowe. Zostałem także dzięki temu został… tak tak, co został?
Chyba coś takiego, kiedy w dzieciństwie, kiedy oglądałem prezentowane w telewizji publicznej od wielkiego święta wielkie konkursy i gwiazdy i obecnie po tym zależał pójść na boisko i zacząć zagrać tak toż, wykonać podobny zwód, strzelić w równie efektowny sposób. Teraz jednak na boisko mnie nie ciągnęło, ale czułem potrzebę wydania się ze ludźmi tym, jak postępował Piotr Zieliński. Jakie zrobił wrażenie (piorunujące, obecne istniałoby jak super pozytywne trzepnięcie). Jak gdyby poznać go dla nowych, którzy przez zwykłe niedopatrzenie nie wpadli w sobotę do Udine przez nasze kilkudziesięciocalowe ekrany telewizorów. Był w współczesnym jakąś wielką satysfakcję.
Piotr Zieliński okazał się dla mnie w porządek niezwykły, bo kompletnie niespodziewany. Jakby był w Udinese, ale daleko w Primaverze niż w początkowej drużynie. Bo ale jak większość osiemnastolatków jeszcze był porządek na ważne postępowanie w Kolekcje A. Miał dojrzeć, może stać wypożyczonym gdzieś niżej a właśnie później zmierzyć się z marzeniami. Natomiast te ziściły się w Parmie w 32 kolejce. Po raz pierwszy znalazł się w pierwszym sklepie i co dużo wśród 26 zawodników, którzy pojawiali się tamtego dnia na boisku, istniał w piątce najlepszych. Asysta, technika, spokój, pojęcie o innych umiejętnościach. Nie mało debiutant, ale weteran – tak o nim występowali naoczni świadkowie.
Jak dlatego byłem przygotowany, czego się spodziewać, a co innego czytać opinie innych, oraz co drugiego popatrzyć na swoje oczy. Zobaczyłem napastnika (niech będzie, że ofensywnego pomocnika) z rządem na bramkę, z oryginalnym i niezwykle urozmaiconym dryblingiem, szybkiego, silnego, nieustępliwego, niezłomnego, pewnego siebie. Nawet jak za daleko wypuścił sobie piłkę i zwykle go poniosło, więc ją odzyskiwał i odporny parł naprzód. Nieważne, że gdzieś od 75 minuty coraz częściej wzrokiem, który prosił o zmianę, widział w część ławki rezerwowych (wiem, bo realizator często go wyobrażał), a kiedy dostawał piłkę wchodziły w niego nowe siły. Jego rajdy i ułańskie szarże miały dla mnie coś – przepraszam za nadużycie – ze Zbigniewa Bońka.
Jeśli z obecnym porównaniem przesadziłem, wtedy nie przesadzę pisząc, że od momentów Bońka żadnego polskiego zawodnika występującego w Części A dodatkowo płynącego z boiska nie żegnały tak mocne plus dobre brawa. Kibice dziękowali Zielińskiemu za zwycięstwo, wysiłek, fajne treści a więcej za to, że sprawił ich świadkami czegoś ciekawego. Narodzin nowej gwiazdy. Drugiego Alexisa Sancheza? Oby! Zalicza się, że piłkarza oryginalnego i atrakcyjnego, dzięki jakiemu na następny stadion Friuli lub każdy kolejnych we Włoszech będzie warto kupować bilet.
Oczywiście trochę przesadzam, bo co tu po jakimś meczu można robić takie scenariusze. W smaku ktoś uważnie oglądający cały mecz, natomiast nie jak ja tylko drugą część, odparuje, że przed przerwą młody Polak nie powąchał piłki, bo przeciwnicy jeszcze to byli zrelaksowani a dużo zorganizowani, a właśnie w nowej połówce, jak opuściły ich roli oraz zwiększyły się odległości pomiędzy formacjami, to dalej hulaj dusza: był okres, żeby przyjąć, podnieść głowę, rozpędzić się i celnie podać. Tyż prawda.
A nie zmienia to mojego wrażenie, że zobaczyłem piłkarza o potencjale atomowym. Jeśli Zieliński to udowodni w droższej i dalszej przyszłości, Robert Lewandowski będzie osiągał w reprezentacji z kim nadawać na samej fali. Łatwo niż zakładamy.

Możliwość komentowania jest wyłączona.