Angole na ławie

sport

O tym, iż w podstawowych jedenastkach drużyn Premier League powstaje coraz mniej Anglików media na Wyspach alarmują od paru lat. Do tej pory jednak zagraniczne gwiazdy (a i tańsi, wcale teraz nie tak dobrzy obcokrajowcy), blokowały zajęcia w centralnych składach głównie utalentowanej angielskiej młodzieży. Dziś jednak, gry z pierwszej chwili w ligowych meczach nie mogą istnieć stali nawet zawodnicy z dużej reprezentacji Anglii. Wayne Rooney z Manchesteru United to zaledwie przykład ważny z końca, ponieważ obecność angielskich kadrowiczów na ławkach rezerwowych staje się już normą.

Co łączy Stevena Caulkera, Scotta Parkera, Toma Huddlestone’a, Jake’a Livermore’a, Stewarta Downinga, Andy’ego Carrolla, Jonjo Shelveya oraz Darrena Benta? Wszyscy działali lub grają w reprezentacji Anglii, natomiast w realnej większości wciąż trwają w obrębie zainteresowań selekcjonera Roya Hodgsona. Wszyscy także latem zmienili klubowe barwy, wszyscy (poza Bentem) przeprowadzili się do klubów, jakie w ubiegłym sezonie zajęły w tabeli gorsze miejsca, niż ich starzy pracodawcy. Dlaczego zatem uciekli z lepszych do gorszych zespołów? Aby uniknąć grzania ławy, by grać, by zwiększyć swoje możliwości na wyjazd na brazylijski mundial.

Huddlestone twierdzi nawet, że portugalski menedżer Tottenahmu, Andre Villas Boas, pozbywając się latem aż czterech Anglików (Livermore’a wprawdzie tylko wypożyczył do Hull, a nie sprzedał, ale wcześniej na niego także ponadto nie stawiał) w ten technologia pozbawia związek z White Hart Lane angielskiej duszy. Z zmiany Andy Carroll, najbogatszy w przeszłości piłkarz urodzony w Anglii, zamienił wypożyczenie z Liverpoolu na pewny kontrakt z West Hamem, ponieważ irlandzki menedżer „The Reds”, Brendan Rodgers, oddał mu do zrozumienia, iż ze 191 cm wzrostu napastnik nie pasuje mu do grupy, bez sensu na prezentowaną formę.

Nieprzypadkowo wymieniam narodowości menedżerów, bo liczba Anglików wśród bossów lokali w Premier League te z wszelkim momentem maleje. Dzisiaj jest ich tylko czterech – Sam Allardyce, Ian Holloway, Steve Bruce oraz Alan Pardew, przecież ich WHU, Crystal Palace, Hull City i Newcastle United do potentatów właściwie nie należą.

Wprawdzie wszystkich dwudziestu menedżerów z PR powtarza, iż nie interesują ich paszporty piłkarzy, ich wiek i miejsce urodzenia, ale… zapraszają na Hiszpanów, Holendrów, Włochów czy Brazylijczyków, oraz nie miejscowych. Kiedy na przykład Włoch Paolo di Canio, który sprowadził latem do Sunderlandu aż 10 nowych piłkarzy, w ostatnim… ani jednego Brytyjczyka!

Nie każdym jednak reprezentantom Anglii udało się do tej pory zmienić lokal w ciepłym transferowym okienku. Ligowy sezon na desce rozpoczęli Jermain Defoe (Tottenham), James Milner, Jack Rodwell (obaj Manchester City), Chris Smalling oraz Wilfried Zaha (obaj Manchester United) oraz Carl Jenkinson (Arsenal), co z pewnością selekcjonera Hodgsona nie ucieszyło. Dziennikarze oraz kibice w Anglii martwią się więc, że za rok w Brazylii ich reprezentacja znów może nie zdobyć tytułu mistrzów świata, na jaki ojczyzna futbolu oczekuje od 1966 r. W współczesnym zajęciu tylko nieśmiało przypomnę, że na razie to Anglia jeszcze nawet nie zmierzała do finałów MŚ. Co znacznie, w eliminacyjnej rodzinie (z Naszą) nie wygrała żadnego meczu z licznym rywalem, ponieważ San Marino oraz Mołdawię – przy całym szacunku – za takie nie uważam.

Możliwość komentowania jest wyłączona.