Cała i naga prawda

sport

Przy okazji ostatniej kolejki eliminacji do przyszłorocznego Mundialu targnęły mną trzy uczucia. Z pewnej strony radość po awansie Bośni, jakiej w współczesnych latach tak niewiele do sukcesu brakowało (porażki w barażach), z drugiej uczucie przyjemnej sytości pochodzące z „hiszpańskiej formalności”, raz to, co czuje chyba każdy kibic polskiej reprezentacji po kolejnym planowanym rozczarowaniu. Przynajmniej na co dzień wykorzystuję się futbolowi z Półwyspu Iberyjskiego a o tamtejszej reprezentacji już parę razy pisałem, zatem ostatnim zupełnie postanowiłem w owczym pędzie dać do wielkiego grona dziennikarzy i rzucić coś od siebie, a propos Biało-Czerwonych, a rzekł bym nawet często Biało-Zielonych, ponieważ mających często zielone pojęcie o nowej grze w skórze.

Polak mądry po szkodzie a oczywiście może mogą stać przyjęte moje słowa, że takiego finału eliminacji półtora roku temu się spodziewałem. Mogę choć w jedności z innym sumieniem potwierdzić, że owszem było. Wiem, iż krytykanctwo jest najoczywistsze, a kiedy wszyscy dumnie również z pewnością pisali o wysokim zysku kadry po remisie sprzed roku z Anglią, ja mówiłem i noszę na ostatnie świadków, że inny remis był znakomita porażką, ponieważ może jedyny raz w relacji mieliśmy przeciw sobie tak dramatycznie grających, czy inaczej, próbujących przetrwać 90 minut Anglików. Gdy ludzie w chłodne dni marca twierdzili, że Ukraina to ciężka sierota po Andriju Szewczence, ja przestrzegałem kolegów, by buńczuczność włożyli do plecaka. Dla mnie było lekkie, iż tematem naszych wschodnich sąsiadów nie był brak odpowiednich piłkarzy i prawej taktyki, ale chaos i brak przywództwa zaistniały w kadrze po dymisji Olega Błochina. Gdy dosłownie w wczesnych minutach, wpatrzony w ławkę rezerwowych Ukraińców, zauważyłem, z którą sumiennością oraz charyzmą przekazuje uwagi piłkarzom nowy selekcjoner, i ci w pełnym szacunku skinieniem osoby je zakładają, czułem, iż jest źle. To własną ulubioną dobry moment, by wrzucić kamyczek do bliskiego dziennikarskiego ogródka. Jak oczywiście na skórze w bliskim kraju potrafią się wszyscy, tymże bardziej więc dziennikarze piłkarscy oraz eksperci. Część z nich osiąga nie fatalną manierę upraszczania wszystkiego oraz wąskiego popatrzenia na problem. Oddaje się nastrojowi chwili, lub po prostu o piłce ma pojęcie, jak cywil o wojsku. Po wczorajszym meczu z Anglikami otworzyła się znów litania nazwisk, które selekcjoner powinien wziąć pod uwagę, i jakich tym bądź nowym razem w kadrze nie było. Zaraz przypomniał mi się list, który kiedyś, w wieku bodajże 13 lat, napisałem do tygodnika Piłka Nożna, by otworzyć oczy ówczesnemu, moim przekonaniem, „ślepemu” selekcjonerowi. Dał w nim długa listę piłkarzy, którzy powinni obowiązkowo dostać szansę gry. Nazwisk nie podam, ponieważ pewnie większości młodsi fani piłki nożnej nie znają, oraz starsi dawno zdążyli zapomnieć. Zaznaczę tylko, że dominowali piłkarze ówcześnie brylującego w Polsce GKS Katowice. Właśnie spośród ostatniego dokumentu się śmieję, ale gdy słyszę utyskiwania po meczu z Anglią, czemu okazji nie dostał przykładowo Pawłowski lub Furman, to rzuca mi się od razu to zestawienie. Przecież pewien etap temu wielu chciało Celebana, a wczoraj ten skądinąd ambitny i pracowity zawodnik nadawał się do zmiany zaraz po kwadransie.

Dziennikarze oraz eksperci działają niestety czasem pod wpływem impulsu. Często by uwiarygodnić swoją krytyczną uwagę rzucają pierwszymi z kraju nazwiskami, szczególnie tymi, jakie w danym elemencie są na „topie”. Pojąłem to zobowiązanie w cudzysłów nie bez względu, bo w Polsce top u większości kadrowiczów trwa co dużo trzy do pięciu miesięcy. Wczoraj byłem szczerze zbudowany grą, inteligencją boiskową i zdolnościami liderskimi Adriana Mierzejewskiego. Na teraz to piłkarz z którego można stosować wyjściowy skład. Zadajmy sobie jednak pytanie czy toż jedno powiedzielibyśmy rok temu? Jasne, że nie. Czy powiemy to jedno za rok? Żyć chyba, ale jakoś mam wątpliwości. Spośród tym stałym dylematem zmaga się selekcjoner budując polską reprezentację. Więc pewno istnieć dla niego jednym usprawiedliwieniem, jednakże nie jest nim w sukcesie Waldemara Fornalika, któremu jak taka wizja kadry rozpoczęła się rodzić, jeśli istniała już musztarda po obiedzie. Przykładem na to kluczowy konkurs z Ukrainą i umieszczenie w dużej, środkowej strefie nowej linii na żółtodzioba Łukasika i odkurzonego na hasło „top forma” Majewskiego. Kręgosłup kadry został oparty na piłkarzach, którzy w naprawdę istotnym meczu nie mieli odpowiednia działać od pierwszej minuty. O telenoweli z obrońcami choćby nie warto wspominać, ponieważ to wątek na wszelakie sposoby już przewałkowany.

W głównym okresie Laboratorium Pro przygotowałem dekalog błędów reprezentacji Franciszka Smudy. Na określonych przykładach, a nie na ważnych argumentach pokazałem główne grzechy kadry. Samym spośród nich było złe rozpracowanie rywali (mecz z Grecją i jej napastnik Dimitris Salpingidis). Jak tak sobie obserwowałem mecze Naszych w tych eliminacjach, to niejednokrotnie miałem doświadczenie, iż w tej wadze do perfekcji jeszcze bardzo daleka droga. Wtorkowy przykład pląsów Leightona Bainesa lecz wtedy stwierdził. Ja mogę zrozumieć, iż przeciwnik zaskakuje, jednak czemu nikt na to działa, a jeżeli reaguje, to czemu piłkarze nie idą za tym określaniem. Takich wydarzeń jest niewątpliwie zdecydowanie więcej, z pewnością stanowczo za dużo. To właściwi powód, by podziękować za czynność temu sztabowi. Wynik końcowy eliminacji jest niebezpieczny, choć wzrost w sztuce kadry w poprzednich meczach paradoksalnie zauważalny. Ta reprezentacja, inaczej niż za Franciszka Smudy ma jakikolwiek pogląd na siebie, może surowy, może czasami archaiczny, a przecież jest natomiast toż podkreślmy determinowany słabiutkimi umiejętnościami większości kadrowiczów. To zaczyn, który daje w spadku człowiek, na jakiego ta rola spadła w nieodpowiednim momencie, zbyt wcześnie. Wątpliwości,co do braku międzynarodowego otrzaskania Waldemara Fornalika się potwierdziły. On przygotowywał się robienia tej reprezentacji już trakcie bitwy, gdy jednak potrzebny był ktoś czujący się w meandrach tej typowej roli selekcjonera, nie zaś stricte trenera, jak ryba w wodzie. Casus Fornalika uczy, że nie czas na „żółtodziobów”. Dlatego oprócz Jerzego Engela czy Pawła Janasa nie widzę hipotetycznego kandydata z naszej stajni. Nie sądzę też, iż całym wyborem byłby człowiek o dużym nazwisku. Tacy selekcjonerzy to i wysokie zagrożenie, ponieważ lub mają muchy w nosie, albo widząc ubogi stan naszej piłkarskiej armii szybko tracą wiarę w szansę odniesienia sukcesu. To musi być ktoś( może z zagranicy), kto korzysta w sobie pasję, głód sukcesu, doświadczenie, jasny charakter oraz osobę zdolną pociągnąć głównie naszych tzw. stranierich, oraz przy tym aby nie kosztował fortuny. Konia z rodzajem temu kto go wskaże.

Możliwość komentowania jest wyłączona.