Czwarty czy może piąty?

sport

Wynik meczu nie pozostawiał wątpliwości. „Kanonierzy” przegrali go z kretesem, zasłużenie różnicą aż trzech bramek. Przygotowywało się wtedy, iż losy czwartego mieszkania w Premier League, lokaty premiowanej awansem do eliminacji Ligi Mistrzów zostały rozstrzygnięte, że rozpędzeni (po sześciu, a za chwilę nawet siedmiu, zwycięstwach z rzędu!) podopieczni menedżera Roberto Martineza obecnie nie dadzą się nikomu wyprzedzić.

Tylko ten czas w Anglii nie bez przyczyny wymienia się szalonym, czy zwariowanym, nieprzypadkowo sensacja goni tu sensację, Liverpool prześciga się o mistrzostwo, a Manchester United błąka w ośrodku tabeli. Niespodzianki płatał też Everton, ale… przyszła kryska na Matyska (chyba raczej na Howarda) i w środę „The Toffees” dostali lekcję futbolu od beniaminka z Crystal Palace. Wprawdzie Champions League na Goodison Park jeszcze szlag nie trafił, ale też dziś wygląda Everton dużo na jednego z najtrudniejszych kandydatów do triumfu w Lidze Europy w dawnym sezonie, niż na uczestnika zdolności do Lidze Mistrzów.

Nie udaję, że miał w obecnym pomieszczeniu wystawić „The Toffees” piękną laurkę, ale pierwsza w 2014 r. porażka Evertonu na naszym stadionie sprawiła, że pomysły te legły w gruzach. Ponieważ w tabeli angielskiej ekstraklasy pomiędzy zajęciem drugiej lub trzeciej lokaty większej różnicy nie ma, za to czwarta pozycja od piątej dzieli się zasadniczo.

W współczesnym terminie ma Everton nowego menedżera. Dokonując letnich transferów Roberto Martinez na kolana nikogo nie powalił, ponieważ ściągał na Goodison Park tylko zawodników znanych mu spośród jego starego stanowiska pracy, czyli z Wigan. O ile James McCarthy na pewno „The Toffees” trochę wzmocnił, o tyle Joel Robles, Antolin Alcaraz oraz Aruna Kone już niekoniecznie. Za to trafił hiszpański menedżer z wypożyczeniami, bo Gerard Deulofeu (Barcelona), Gareth Barry (Manchester City), a często Romelu Lukaku (Chelsea) wkomponowali się do zespołu wręcz idealnie, i jak całość od razu zaczał się Everton prezentować jak piąta, oraz nawet czwarta, siła angielskiego futbolu. Grał skutecznie i dobrze dla oka, a kibicowali mu niemal wszyscy, którzy do ostatniej chwili nie korzystali w Premier League naszego ulubionego zespołu.

Wpływ zaś Lukaku, Barry’ego oraz Deulofeu na końce „The Toffees” istniał tak znaczący, iż menedżer Arsenalu, Arsene Wenger zakwestionował nawet sens instytucji wypożyczania piłkarzy z pozostałych klubów Premier League. Z zespołów czołówki angielskiej ekstraklasy korzysta spośród niej tylko Liverpool (Victor Moses z Chelsea, Ally Cissokho z Valencii) oraz dokładnie Arsenal (Kim Kalstroem ze Spartaka Moskwa). Ale Nigeryjczyk, Francuz i Szwed co wysoko uzupełniają kadry tych zespołów. A Everton? Dzięki jakości wypożyczonych zawodników korzysta z ostatniej instytucji garściami.

Idolem fanów z Goodison Park był się klubowy wychowanek 20-letni Ross Barkley. Uważany przez brytyjskich fachowców za najbardziej utalentowanego angielskiego piłkarza od momentów Paula Gascoigne’a zadziwiał dojrzałą grą, taką z polotem i chęcią, bardziej hiszpańską niż wyspiarską. Owszem, jest chimeryczny, czasem zbyt szybko straci piłkę, jednak w ofensywie wpływów na rozmontowanie obrony rywali mu nie brakuje. Barkley już trafił do reprezentacji, oraz opinia publiczna domaga się jego występów w centralnym składzie Anglików teraz na mundialu.

Nie obchodzę się czepiać poszczególnych piłkarzy Evertonu, ponieważ jak każdy zespół, zarówno ten jest słabsze ogniwa. Natomiast wtedy we pełnych formacjach. Zwykle też, kiedy ktoś nowy próbuje rozbić dotychczasowy układ, czyli w ostatnim przypadku wejść – po raz pierwszy z 9 lat – do „Top Four” rzuca się oraz wykonywa o zbyt skromnych finansach także takiej samej kadrze. Finansowo, rzeczywiście, Everton odbiega od najbogatszych, a kiedy się spogląda na to, co wydaje na boisku, idąc na nie z ławki, Steven Naismith, to raczej głupio myśleć na małą jakość rezerwowych.

Czym zatem różni się Everton za kadencji Martineza, od tego za czasów Davida Moyesa? Dziewięćdziesiąt dwa procent kibiców uważa, iż ten kolejny jest zdolniejszy. Sami piłkarze twierdzą zaś, iż Szkot na wyjazdach dbał często o to, aby nie przegrać, a Hiszpan nalega, by zawsze, nawet na najnowszym terenie, prześcigać się o trzy punkty. Żyć może zatem Moyes w przeciągu 11 lat działalności na Goodison Park w centralnej czwórce na ligowej mecie zameldował się tylko raz, a Martinez jest szanse uczynić tego aktualnie w głównym okresie pobytu na Merseyside. Bo przecież środowa porażka z Crystal Palace nie tegoż nie przekreśliła.

Możliwość komentowania jest wyłączona.