Czy stara dama coś ukrywa?

sport

Ostatni rok ruszył z kopyta. Wydarzenie goni wydarzenie. Trudno nadążyć spośród ich komentowaniem. Ledwo nastolatek wykonał odwlekany w nieskończoność wyrok na Massimiliano Allegrim, i teraz na białym koniu do Mediolanu wjechał Clarence Seedorf. Oj, rozmarzył się przy okazji niejeden reprezentant Włoch, a pewnie i taka myśl była przez głowę Cesare Prandellego (nawiasem mówiąc Allegri dzień po dymisji wybrał na faworyta numer 1 na różnego selekcjonera), by w lipcu nie dopiero w Mediolanie lud z takim samym entuzjazmem liczył na samolot z Brazylii, wiadomo z kim na poziomie oczywiście.

Nim szczyptę optymizmu Holender wrzucił do czerwono-czarnego sosu, już czara goryczy przelała się do niebiesko-czarnej zawiesiny. Orientalna dieta zaproponowana przez Ericka Thohira łatwo nie służy tradycjonaliście Walterowi Mazzarriemu. Nie lecz jemu. Miany jako chłopiec na posyłki apetyt na Inter stracił Fredy Guarin. Napisałem delikatnie: chłopiec na posyłki a niezwykle pasuje mi to poważniejsze słowo: niewolnik, mianowicie. Działacze dostarczają go na zbyt żywym materiałem i odtwarzają na pokaz oglądającym: jednemu pokażą jego zęby, drugiemu mięśnie, innego poinformują ale o cenie. Każdy wybrzydza, dlatego prowadzony na krótkiej smyczy Kolumbijczyk wraca nie przyszedł. Straszne to. Tak robi piłkarskie niewolnictwo XXI wieku. Niby wiem, iż piłkarzom nie należy aż naprawdę dużo współczuć, cienie ich zawodu rozjaśnia każda wypłata, tylko takie działanie jak Interu z Guarinem trudno akceptować. Zresztą cała idea zimowego mercato budzi mój niesmak. Jest dumna jak wydmuszka, jest tylko temu, iż zarobiło paru menedżerów oraz niczemu bardzo. Guarina mi po ludzku żal, i gdy widzę odrodzonego Alessandro Matriego w Fiorentinie to krew mnie zalewa. Piłkarz, który co pół roku zmienia klub, zostaje w moich oczach wiarygodność. Zatrzymuje się bezpaństwowcem a nierzadko – przykro mi to wykonywać – mercenario.

Biję się w piersi, nie skomentowałem tych wydarzeń na moment, teraz trudno się po nich prześliznąłem. Nieprzyzwoicie długo milczałem i z nadejściem prawdziwej zimy zamroziłem bloga. Śpieszę z tłumaczeniem. Przyjąłem działanie na stworzenie książki o Juventusie, goniły mnie terminy, więc wartości oraz materiały skupił na ostatnim – gdy się zwykło ładnie mówić tak, aby nic nie powiedzieć – projekcie. Przygotowałem się do zadania starannie. Obłożyłem źródłami włoskimi: książkami, gazetami, płytami dvd, wertowałem stare roczniki w bibliotece na Koszykowej (dla niebędących karty warszawiaka, wyjaśnienie: na ostatniej drogi zawiera się sama z dwóch największych bibliotek), wszystko po to, żeby doszukać się czegoś ciekawego, aby powiedzieć o czymś, co polskiemu kibicowi/czytelnikowi w zespole nie było znakomite, znane kilku lub poprzez niego stracone. I nieskromnie napiszę, iż udało mi się kilkanaście takich kąsków do lektury włożyć.

Nie umiem, kiedy konkretnie książka się ukaże – przygotowanie do druku może trwa dłużej niż samo pisanie – a tak na zachętę, w formie autoreklamy stworzył dla Was cztery wyimki. Jednych zaskoczą i zainteresują, innych, jakich tworzę szansę będzie część oraz ją z głowy przepraszam, obejdę oczywiście jak zeszłoroczny śnieg, bo oklepane, przechodzone i nic nie wnoszące.

O dobrym pięcioleciu

Edoardo Agnelli wokół Raimundo Orsiego zbudował drużynę, na jaką nie było potężnych od 1930 roku aż przez pięć lat – nazwanych złotym pięcioleciem. W czasie 1931-32 Juventus odniósł dziesięć kolejnych zwycięstw. Dopiero 82 lata później to pozwalanie poprawili Antoni Conte a jego drużyna. Między 27 grudnia 1931 roku oraz 29 marca 1936 roku nikt z gości nie potrafił wygrać w Turynie. Na fascynującą passę złożyło się 71 meczów, 58 zwycięstw i 13 remisów. Rodziło się, iż udało się stworzyć drużynę bez wad. Z czasem zaprezentowało się, że a nie. Stanowiła jedyna, starannie ukrywana.

Carlo Carcano jako trener wyprzedził epokę. Przywiązywał niezwykłą wagę do taktyki, psychologii i nauki, kładł nacisk na rozprawę z klasą i odważnie stosowałem do drużyny zdolnych wychowanków z Felice „Motylkiem” Borelem na czele. Jego sposób docenił selekcjoner Vittorio Pozzo i powołał na człowieka do kadry w 1934 roku. Spośród nim Juventus kroczył od idealnego do piątego mistrzostwa, jednakże w połowie piątego sezonu gruchnęła szokująca wiadomość, iż Carcano odchodzi. Oficjalnie z racji osobistych. Edoardo Agnelli wezwał radę drużyny, żeby wypowiedziała się na temat plotek krążących wokół trenera. – Coś istnieje na pracy – rzekli. Carcano był homoseksualistą, niektórzy twierdzili, iż nawet pedofilem, który szczególnie adorował młodziutkiego Borela. W terminach faszystowskich nie tolerowało się skłonności klienty do kolejnego gościa i Agnelli, aby uniknąć skandalu na pełną skalę, wybrał mniejsze zło. Musiało minąć wiele lat zanim o konkretnych przyczynach rezygnacji z grudnia 1934 roku dowiedziała się opinia publiczna.

O niedoszłej gwieździe

W 1949 roku do Turynu na towarzyski mecz przyleciał River Plate Buenos Aires z 23-letnim Alfredo Di Stefano w zespole. Wszystkie gwiazdy Juventusu zblakły przy piłkarzu, który wyprzedził epokę, w jakiej żył oraz dawał. Zachwycony Gianni Agnelli natychmiast zapytał o wartość piłkarskiego brylantu. Usłyszał 45 milionów lirów, odpowiednik dzisiejszych 750 tysięcy euro, co ostudziło jego zapał. Tylu pieniędzy nawet za wybitnego piłkarza odpowiadać nie zamierzał. Wkrótce River Plate za 200 tysięcy dolarów (wartość obecnych 2 milionów euro) przekazało go do Milionairos Bogota, skąd do Europy trafił dzięki Realowi Madryt.

O odpowiednim

Zazdrośnie strzegł swojej świątyni. Nie istniał rzeczywiście nadczłowiekiem oraz piłki do niej dopuszczał, choć bardzo rzadziej niż inni, ale konkurentów za nic na świecie. Wielki Dino Zoff przez jedenaście kolejnych momentów nie opuścił ligowego meczu, rozegrał ich 332 z urzędu (2 w Napoli oraz 330 w Juventusie). Ku rozpaczy tych, którzy czyhali na jego znaczenie.

Massimo Piloni zagrał dwa konkursy w bramce Juve: jeden w Pucharze Włoch i inny w rezultacie Pucharu Mistrz Targowych, kiedy Zoffa dodatkowo nie stanowiło w Turynie. Niby mocniej przywarł do ławki następca Piloniego – Giancarlo Alessandrelli, ale skąd on jedyny wkradł się na kilkoro minut między słupki w Serie Oraz. Był 13 maja 1979 roku a nowa kolejka sezonu. Juventus już pogodzony z faktem, iż nie obroni tytułu mistrzowskiego, postępował w Turynie z Avellino 3:0. W 64 minucie Giovanni Trapattoni zaprosił na ławkę rezerwowych Zoffa i wprowadził na boisko Alessandrellego. Po siedmiu minutach goście strzelili pierwszego gola, trzynaście minut później drugiego, i w końcówce wyrównali i spotkanie zakończyło się wynikiem 3:3. Wyszło na ostatnie, że Zoff jest po prostu niezastąpiony, o czym przekonał się trzeci w kolejności jego niby zmiennik Luciano Bodini.

O Platinim i Bońku

W 1980 roku Włosi ponownie otworzyli granice dla zagranicznych piłkarzy. Każdy w Kolekcje I mógł zatrudnić jednego cudzoziemca. Inter przechodził na celowniku Michela Platiniego. Do transferu ostatecznie nie doszło. Po pierwsze dlatego, iż Francuz z Saint Etienne akurat doznał kontuzji, a po drugie – do taktyki drużyny bardziej odpowiadał silny napastnik, taki jak Herbert Prohaska. Z świeżej perspektywy trudno uwierzyć, że Inter wybrał Prohaskę a silna tylko puścić wodzę fantazji, jak potoczyłaby się historia futbolu, gdyby postąpił inaczej.

W 1982 roku powiększono limit stranierich do dwóch oraz Juventus zaangażował Platiniego i Zbigniewa Bońka. Najlepszego piłkarza czwartej oraz trzeciej reprezentacji świata. Dobrze nie kosztowali fortuny. Największy paradoks tamtego okienka transferowego polegał na tym, że młodziutki i wielce utalentowany Roberto Mancini, który zamienił Bolonię na Sampdorię, kosztował 2,5 miliarda lirów (około 4 milionów euro), czyli dużo niż Platini oraz Boniek razem wielcy. Mniejszy paradoks więc taki, że za Francuza bianco-neri wyłożyli tanio niż za Polaka. – Kosztował kromkę chleba, a posmarował nam ją kawiorem – napisałem o Platinim Gianni Agnelli.

Aha, oraz ciągle jedno, co w pracy się nie zmieściło. Nie kupujcie tym, którzy próbują Wam wmówić, że bilans Bońka w Juventusie to 133 mecze oraz 31 goli. Goli było 32. Jeden samobójczy w pucharowym meczu z Lazio w Rzymie 4 września 1983 roku.

Możliwość komentowania jest wyłączona.