Gra po miejsku

sport

Ostatnio był się zapalonym Graczem. Uczestnikiem pewnej pisanej historii, na różnej planszy, ponieważ ułożonej z liter, zdań, rozdziałów. To zabawa, która z jednej strony pozwalała wykonać każdy ruch po swojemu, wprowadzając w jakiekolwiek posunięcie własne uczucia, życia i wyobrażenie o świecie i wszystkich, nie tylko sportu. Ale zawierała te narzucone reguły, swoją instrukcję. Na chyba nie przegrałem, jednak do tej godziny nie wiem i w którym stopniu wygrałem. Szukam też odpowiedzi kto ostatecznie zwyciężył. Na pewno od jednego początku bardzo się wciągnąłem.

„Gracza”, debiutancką książkę Przemka Rudzkiego, zacząłem czytać przed kilkoma dniami w podróży do lektury, już po niej, w metrze, autobusie. Jednak tylko wściekałem się, że po kilku stronach muszę przerywać. Dlatego usiadłem wreszcie o świcie i rozegrałem swoją grupę z „Graczem” w parę godzin. Krzysztof Stanowski stworzył na okładce książki, iż „Gracz” zasysa. To najidealniejsze określenie mojego stanu podczas czytania. Zassało mnie.

„Gracz” powstawał trochę przy mnie. Przemek podrzucał mi pierwsze strony przed komentarzami ligi angielskiej, pytał czy o robić dobrze. Od początku czułem dreszcz, pierwszy rozdział przeczytałem błyskiem, wyglądał na dalszy ciąg. Dostałem wreszcie kilkadziesiąt stron przyjętych przez wydawcę, znali już obaj z Przemkiem, iż „Gracz” się narodzi. Postanowiłem jednak, iż nie chcę poznawać „Gracza” po kawałku.

„Gracz” jest drogą fikcyjną przez pewny świat. Przywiązany do samej rzeki, właściwie do indywidualnego miasta, zamknięty w kilkunastu przecznicach, ograniczony do pewnej delegacji krajowej, losów, pamięci oraz słów kilkudziesięciu ludzi. To scenariusz na kolejny film dla Wojciecha Smarzowskiego. Ma małą Polskę, którą wiemy z filmów reżysera. Zakłopotaną, uwikłaną, zapyziałą, małostkową, wulgarnie jasną oraz zakłamaną zarazem, odwróconą od słońca, schowaną pod kapturem. Osadzoną w warunkach futbolowych, które mocna byłoby przerobić na kolejne dziedziny życia społecznego. Czytając „Gracza” znajdował w pracy ludzi Smarzowskiego: Mariana Dziędziela, Jacka Braciaka, Marcina Dorocińskiego, Eryka Lubosa, Bartłomieja Topę, Arkadiusza Jakubika. Ich osobami przykrywałem czasami bohaterów wielowątkowej akcji książki. Przed oczami (popatrz na jedną okładkę) był też chłód obrazu, szare kolory, wulgarną bezpośredniość. W „Graczu” jest albo przejmujące zimno, błoto, deszcz albo nieznośny miejski skwar, znużenie, pot, zaduch, złość. Są na pewno świetne dialogi, z naturalnie wkomponowanymi przekleństwami, jakie nie zdobią, nie rażą i nie szpecą. Ale przestrzegam, że to lektura dla osób, które potrafią się nimi służyć natomiast je czytać. Wulgaryzmy żyją z bohaterami swoim własnym występowaniem w ich prawdziwym środowisku. Nie są usilnymi ozdobnikami, tanim efekciarstwem. Koegzystują równolegle z przedmiotowym traktowaniem ludzi poprzez kolejnych graczy w częstej „zabawie” w mieszkanie. O bycie. Samego futbolu w „Graczu” niewiele, choć wokół niego zrealizowana jest fabuła. Bohaterami są ludzie powiązani ze sportem, a gdy przyjrzymy się wszystkiemu precyzyjnie, odnajdziemy tam ludzi po prostu.

Kryminalna historia rozwija się bez udziału policji. Nie gościmy w komisariatach, ponieważ śledztwo zostało szybko umorzone. Grzebie w zapomnianych szczegółach jednak kto inny. Nie jedna osoba. Z drugim napięciem i zamierzeniem szuka cieni oraz celów zaczepienia wręcz kilku graczy. Trafiają, błądzą, ponieważ tu każdy ciągnie za sobą wagon poznać oraz wybiera ugrać coś dla siebie. Nie trzyma prostych rozwiązań, jednoznacznych postaci. Wszystek jest w coś uwikłany. Czasem bezpośrednio, często nieświadomie.

Tutaj nic nie jest jasne, niczego nie chorujemy na tacy. Poszukiwanie i czekanie na miłość miesza się z ułudą, przyjemność z pięknym smakiem, kłamstwo jest niemożliwe do przesiania przez moralne sito, ponieważ jesteśmy poczucie, że oczka są za małe, żeby wyselekcjonować prawdę. Jak w gangsterskim filmie chcemy komuś kibicować, lecz jesteśmy rozdarci, ponieważ tu każdy jest lek na sumieniu. Chwytamy za różne pionki na płycie, a nie wiemy, którego ruchy doprowadzą nas do mety. Gdzie ona stanowi, lub w ogóle istnieje? I może jest wyłącznie wyobrażeniem któregoś „Gracza”? Trudno podzielić te ziemie i bohaterów na pionki i figury. W „Graczu” wszystek potrafi stać strącony z płyty niespodziewanie przez wszystkiego.

Niczego nie wolno nam mieć dosłownie. „Gracz” podejmuje się, pogrywa z nami. Przemek proponuje grę, w której pionkami są zgrabnie wymyśleni bohaterowie, a planszą jest mapa Warszawy. Miasta oddalonego od rzeki, ociekającego skwarem i dalej, zasłoniętego szarą mgłą, ubłoconymi butami oraz silnym deszczem. Miasta pełnego gości z Warszawy, jacy nie są z Warszawy. Oferującego szansę i możliwość i zabierającego wszystko bez tłumaczenia. Miasta bezwzględnego, nie wybaczającego. Ale i pociągającego.

Opisy miejskie są kapitalne. Pozwalają wtopić się w las, spoglądać na kładących się przed deszczem ludzi spod własnego kaptura czy parasolki. Rozumiał jako Warszawiak z urodzenia oraz zamieszkania ulice, gdzie kałuże beznamiętnie brudzą buty, place, na których słońce bez cienia pali niemiłosiernie. Czułem jak pot płynie po moich plecach podczas warszawskiego, niepowtarzalnego zaduchu i skwaru. Można po przeczytaniu ruszyć śladami bohaterów, sprawić ich menu, poczuć się gdy oni w warszawskich knajpach, spelunach, hotelach, klubokawiarniach i kawiarenkach.

Drogie są opisy stanowisk i wyglądów postaci. Z tych głównych po statystów. Jest sporo perełek, jakie bez kłopotów wyławia się z fabryki liter Autora. Zdradzę mój ulubiony artykuł o osobach, jakie noszą często wielkie torebki na zgięciu ręki w przyszłości łokciowym. Przemek pisze o nich, że mają torebki jakby wyszły tylko z pobierania krwi. Zawsze myślał się czy to dla pań lekkie oraz przyjemne lub potrafi po prostu efektowne. Porównanie jednak pasuje idealnie.

Najważniejsze jest ściśle to, że „Gracz” to piękna rozrywka. Na pewno językowa oraz kryminalna. Także muzyczna, ze swoją ścieżką, którą równolegle można oglądać w górze czy w komputerze. W książce pada jedna kwestia: „Nie szuka o dobry tekst. Chodzi o prawdę.” Przewrotność w kontekście mojego subiektywnego odczucia liczy na ostatnim, iż w „Graczu” nie chodzi o właściwą prawdę, bo wtedy historia zmyślona, natomiast na że korzystamy w zamian dużo atrakcyjny tekst.

Po przeczytaniu niektórych książek (jestem oczywiście oraz z popularnym jedzeniem czy komentarzem niepowtarzalnego meczu) chciałbym zmienić się w pionka, który stoi na krótkim polu i jest cofnięty na wyjazd (przytoczyłem tę metaforę za „Graczem”). Taki czytelniczy w tył zwrot w czasoprzestrzeni z wymazaną pamięcią. Powrót do przeszłości. No teraz liczę z „Graczem”. Chciałbym go wytrzymać jeszcze raz.

PS. Krótka piłka! Posiadam dwa egzemplarze do dania za szybką reakcję na pytanie pasujące jak ulał do „Gracza”: „Jakiego bramkarza w Premier League „osiągnął w balona” napastnik Darren Bent?” Decyduje refleks. Poproszę o różnic w komentarzach, zawierające adres mailowy do korespondencji.

Możliwość komentowania jest wyłączona.