Jedenastu świętych broniących

sport

W ubiegłym sezonie, o tej porze roku, po dziewięciu kolejkach, zajmowali „Święci” w tabeli Premier League przedostatnie miejsce. Rywale nie mieli litości dla beniaminka. Dostawał z nich w piłkę obok siebie natomiast na wyjeździe, a wbili mu w ostatnim etapie przeciwnicy aż 26 bramek. A teraz? Southampton istnieje w angielskiej ekstraklasie piąte, przed oboma związkami z Manchesteru, defensywę i korzysta w terenu najlepszą, i w głównych ligach europejskich mniej bramek niż podopieczni argentyńskiego menedżera Mauricio Pochettino straciła tylko AS Roma. W ziemiach St Mary’s Stadium marzą już o europejskich pucharach, śni im się nawet Liga Mistrzów.

Wychwalanie zespołu z południowej Anglii wypada zacząć – przyznaję, iż trochę po kumotersku — od Artura Boruca. Ale również pierwsze polskiego bramkarza Southampton są naprawdę imponujące. W sześciu ligowych meczach bowiem zachował czyste konto, skapitulował tylko trzy razy i nie dużo niż raz w samym meczu. Tacy fachowcy jak Joe Hart z Manchesteru City i David de Gea z Manchesteru United wyciągali piłkę z grupy cztery razy częściej od Polaka! Pewnie aż cztery razy gorsi – jeśli w zespole – od Polaka nie są, natomiast toż Boruc jest właśnie liderem w klasyfikacji „Złotych Rękawic”. Ma i polski bramkarz – w co liczę – wiedza tego, iż eksponowaną w niej funkcję w pełnej sile zawdzięcza także kolegom z drużyny. Bo w Southampton stoi nie tylko bramkarz, ale cała drużyna.

W poprzednią sobotę, po raz pierwszy w niniejszym terminie, zdarzyło się, iż w konkursie Premier League drink z systemów przed przerwą nie oddał strzału. Było się oczywiście w spotkaniu „Wielkich” z Fulham, w którym ludzie pod pole karne rywali gromadzili się bardzo rzadko, oraz żadnej ze własnych akcji nie potrafili zakończyć choćby niecelnym uderzeniem piłki w zakresie bramki Boruca. Dlaczego? Ponieważ gospodarze, z sześcioma Anglikami i trzema klubowymi wychowankami w centralnym składzie, im na ostatnie najzwyczajniej w świecie nie pozwolili.

Southampton ma opinię drużyny wyjątkowo zdyscyplinowanej pod względem taktycznym. Gdy drużyna straci piłkę — w badaj zasady, iż najlepszą ochroną jest atak — natychmiast stara się ją odzyskać. I pierwszym obrońcą w świecie jest wysunięty na szpicy napastnik, bramkarz i dopiero jedenastym. Takie zasady wpaja swoim zawodnikom Pochettino. Spełnia to z dziesięciu miesięcy, od w styczniu zastąpił lubianego przez kibiców Nigela Adkinsa.

Przyznam, że mam naprawdę duży problem z wytypowaniem największej gwiazdy zespołu. Na prawdopodobnie nią nie jest – choć na razie — najdroższy ze „Świętych” (kosztował 15 mln funtów), przypominający wyglądem Johnny’ego Deppa z „Piratów z Karaibów”, włoski napastnik Pablo Osvaldo. Tańszy z niego o trzy miliony, urugwajski pomocnik Gaston Ramirez, zamiast dowodzić nowa linią „Świętych”, najczęściej grzeje ławę, więc same nie świeci jasnym blaskiem. Może to Southampton gwiazd nie potrzebuje, że wystarczą mu piłkarscy rzemieślnicy, za to stali, z obecnych, co żadnej pracy się nie boją. Tacy jak 31-letni napastnik Rickie Lambert, który ostatnio dążył do reprezentacji Anglii i teraz strzela dla niej gole, tacy jak portugalski obrońca Jose Fonte, który również trzy lata temu funkcjonował w trzeciej lidze, a następnie – być potrafi – spróbuje zatrzymać Zlatana Ibrahimovicia w barażach o finały MŚ. O angielską kadrę Anglików ociera się już Adam Lallana, o francuską zaś Morgan Schneiderlin. A takich wysoko wykwalifikowanych ludzi ma Pochettino w ruchu kilkunastu, w obecnym aż trzech utalentowanych nastolatków – Jamesa Warda-Prowse’a, Luke’a Shawa i Caluma Chambersa.

Jeszcze niedawno młodzi, zdolni (Theo Walcott, Gareth Bale, Alex Oxlade-Chamberlain) płynęli z Southampton, ale dziś panujący na St Mary’s Stadium z czterech lat włoski bankowiec Nicola Cortese na owo nie pozwoli. Nieco arogancki, zadzierający nosa pan prezes, trzyma lokal w ryzach. Toż on zwolnił Adkinsa, gdy nikt choćby nie pomyślał, że „Wielcy” potrzebują nowego menedżera, to on, zanim jeszcze Southampton rewelacyjnie wystartowało w współczesnym etapie w Premier League, mówił głośno o awansie do Ligi Mistrzów. W 2013 roku podopieczni Pochettino wygrali już u siebie z Manchesterem City i Chelsea, na wyjeździe z Liverpoolem, zremisowali same na Old Trafford z Manchesterem United. Czyż takie efekty nie uprawniają piłkarzy, menedżera i starego do życzeń o podboju Europy? Do odważnych przecież świat należy!

Możliwość komentowania jest wyłączona.