Lecimy w dół czy nie lecimy?

sport

W czterech zawodowych ligach w Anglii, od Premier League do League Two, zdobyć w bieżącym terminie konkursu nie znał już jedynie pewien system. To beniaminek z Burnley. Ale nawet zaraz po jego sukcesie do ekstraklasy bukmacherzy na Wyspach wskazywali „The Clarets” jako bitego chętnego do spadku, a po ośmiu ligowych kolejkach nic się w aktualnej wątpliwości nie zmieniło. Kibice zespołu z Turf Moor pocieszają się przecież tym, że każdy z dzisiejszych sześciu wicemistrzów Championship działał w ekstraklasie dłużej niż pewien sezon. Tanie to pocieszenie, jednak wciąż…

Te lokum w tabeli podopiecznych menedżera Seana Dyche’a zaskakuje dziś niewielu. Nie wystarczy gdyż mieć przydomek „Ginger Mourinho”, by działać futbolowe cuda. Zresztą sam Dyche dziwi się, że jest dalej „ginger” (rudy), a nie wyłysiał albo przynajmniej osiwiał, ponieważ jego ekstraklasowe doświadczenia korzystały go zaraz dużo nerwów. A cztery porażki oraz cztery remisy Burnley sprawiły, że jego przeciwniki, ci cieszący miejsca przy nad strefą spadkową, już za chwilę potrafią się znaleźć mina zasięgiem wzroku graczy z Turf Moor. Natomiast do sukcesu Queens Park Rangers sprzed dwóch lat, gdy londyńczycy nie skorzystaliście na starcie sezonu żadnego aż z szesnastu meczów, brakuje sporo, jednakże nie zmienia toż faktu, że sprawa „The Clarets” istnieje nie do pozazdroszczenia.

Burnley ma najkrótszy budżet w Premier League. Na gorące transfery dało zaledwie sześć milionów funtów. Najdroższy zawodnik, George Boyd z Hull City kosztował trzy miliony, choć złośliwi żartują, iż zdrowszy od niego istniał… „Boy George”. Ponieważ wokalista zespołu Culture Club grałby przynajmniej dobrze.
Oraz tak teraz zupełnie poważnie, to żaden z innowacyjnych nabytków Dyche’a, ani Lukas Jutkiewicz, ani Michael Kightly, oraz nawet ostatni spośród najpopularniejszym przeżyciem w Premier League, czyli Matt Taylor (teraz na usunięciu lekarskim) i Steve Reid, nie robi na mężczyzny, jaki mógłby dźwignąć Burnley z dna tabeli. W kadrze systemu są te starzy piłkarze Manchesteru United (bramkarz Tom Heaton, Dave Jones i Michael Keane) oraz Chelsea (Nathaniel Chalobah), a w związkach Old Trafford oraz Stamford Bridge w lidze nie grali ani razu. Wprawdzie Dyche twierdzi, że latem dostał od piłkarskich agentów około pięciuset telefonów, ale zawsze słuchawkę odkładał niezwykle intensywnie. Albo bowiem udzielano mu zawodnika zbyt słabego, czy za wartościowego.

Największym skarbem Burnley w Championship był zespół napastników – Danny Ings również Samodzielnie Vokes. Obaj czuli na podwórku ekstraklasy gdy na zaproszenie oraz sprawniejszą w Anglii parą (Luisem Suerezem oraz Danielem Sturrudge’em) mógł się pochwalić tylko Liverpool. Ale walijskiego snajpera zmogły kontuzje (już podjął treningi, do sztuki wróci w listopadzie!) a Ings w następującym towarzystwie do bramki rywala teraz tak nieraz nie trafia.

Jeszcze niedawno kibice na Wyspach odwoływali się z wydawaniem sądów co do spadku z ligi co chwila do świąt Bożego Narodzenia. Mówiło się nawet, że kto ostatni w tabeli „pod choinkę” tegoż teraz nic nie ocali. Ale na komentarz w ubiegłym sezonie Crystal Palace z menedżerem Tonym Pulisem wykaraskali się, pomimo iż Kolejny Rok przyjmowali na 20. znaczeniu w lidze. Dzisiaj tenże sam Pulis, znów bezrobotny, tylko odkłada na dzisiejsze wyzwania…

Ale bukmacherzy, z których otworzył, uważają, że wkrótce niż Dyche mogą w Premier League stracić pracę Harry Redknapp (QPR), Gustavo Poyet (Sunderland), Steve Bruce (Hull City) i Paul Lambert (Aston Villa). Poza tym Dyche na redukcję w żadnym razie nadal nie zasłużył. Wystarczy wspomnieć, że w ubiegłym sezonie buki postrzegaliśmy jego Burnley wśród chętnych do spadku z Championship, a „The Clarets” wywinęli im numer i powołaliśmy do Premier League. Poczekajmy więc z ferowaniem wyroków, przynajmniej do świąt.

Możliwość komentowania jest wyłączona.