Marzenia na wyciągnięcie ręki

sport

Przez cały tydzień żyłem meczem Liverpool – Manchester City. Stres poruszał się jeszcze z emocjami, wyobraźnia zwiększała obroty, pod nosem nuciłem „You’ll never walk alone”, byłem nakręcony z wszystkim dniem jeszcze dużo. W piątek czułem już wielki spokój. Wydruki wszystkich niezbędnych materiałów w jakiejś teczce. Uwagi w różnej. Diety dla mnie i Przemka Rudzkiego zabrane. Pełna profeska, nic nie stało na tą chwilę. Trochę niczym nie u mnie. Nadeszła sobota. O świcie spakowałem ubrania, niczego nie musiałem dosuszać żelazkiem czy farelką, pobiegałem na zapas, bo na wyjazdach przeważnie mi nie wychodzi, choć buty biegowe honorowo dźwigam. Śniadanie z rodzinką smakowało wybornie, pożegnałem swoje Ukochanej natomiast na lotnisko.

Wyprawa komunikowała się komfortowo, po piłkarsku. Wylot w sobotę, popołudnie w hotelu w Liverpoolu, hotel oraz niedzielny poranek na ostatnie przygotowanie do elektryzującego meczu. Kilka dni przed wyjazdem zadzwonił do mnie jakiś nieznany angielski numer. Zazwyczaj spodziewam się tylko związków z +44 od Fabiana, jednakże tymże pospołu to istniał inny Radek. Zaoferował usługę w Liverpoolu jako fan oraz przyjaciel związku z Anfield. Już choć na lotnisku w Stolicy spotkaliśmy innych polskich kibiców LFC. Stanowiło ich trzech, po wylądowaniu w Mieście Beatlesów grupa ról w koszulkach The Reds wzrosła nagle do ośmiu. Zaproponowali nam wspólny obiad w sprawdzonej przez nich również wciąż odwiedzanej chińskiej knajpie. Ruszyliśmy bez wahania. Tam ekipa rozrosła się teraz do kilkunastu „Czerwonych”. Otworzyło się poznawanie siebie.

Po obiedzie ruszyliśmy do hotelu, a potem z Radkiem do zaprzyjaźnionego pubu na końcówkę meczu Evertonu a na grę Fabiana o finał Pucharu Anglii. W ośrodku duża część The Toffees wspierała zespół Roberto Martineza. Koszulka The Reds na dachu Radka przykuła uwagę od razu, tylko nie wywołała żadnego zamieszania. Niebiescy powrócili do ściskania kciuków za The Toffees w Sunderlandzie. Zwyciężyła bezgraniczna miłość oraz bezwarunkowe przedstawienie swoim barwom. Dwa kolory rządzą i dzielą nad rzeką Mersey. Ten weekend w miasteczku istniał jednak zarezerwowany właśnie dla The Reds oraz nikt nie proponowałem tego negować.

Wieczór w gronie polskich fanów LFC upłynął na pogawędkach i odbieraniu tego co nas czeka o 13:37 w niedzielę. Właśnie z popisami Łukasza Fabiańskiego w środowisku. Hats off Fab!

Poznaliśmy Maćka, który przyszedł na 19 mecz The Reds w obecnym terminie. Ma obecnie bezcenny bilet na zamknięcie sezonu z Newcastle United 11 maja. Cena na czarnym rynku za wejściówkę na tę kolej na Anfield przekroczyła zdrowy rozsądek, czyli 12 tysięcy funtów. Maciek za Liverpoolem w wakacje ruszy nawet do Chicago na towarzyski mecz z Olympiakosem. Kierunki zwiedzania wyznacza więc ukochany klub.

Karaś, Dżej, Maciek, Radek, ich koleżanki i koledzy z fanklubu LFC w małym pokoiku w lokalu Pictures House na London Street są własne historie. Z wszelkiej uszczknęliśmy po kawałku. Te składniki, tychże panów łączy Liverpool. Marzą o zbudowaniu całego polskiego fanklubu na wagę wielkości Liverpoolu. Wiedzą jednak, że napływ nowych i odzyskanie skrytych, starszych fanów może dać tylko sukces, jakiego w lidze na Anfield oczekują od niemal ćwierćwiecza. My mieli ten mecz niemało inaczej, więc uwolnili się o właściwej godzinie po angielsku, by oglądając obecnie w łóżkach z Rudim brytyjską wersję „Mam talent” stracić kontakt z bazą chwilę po 21:00. Nadchodziła niedziela, powinien było pytać o gardło.

Pobudka po długim śnie nie pchnęła mnie choć na latanie. Zdecydowałem się na magazynowanie mocy. Złapałem od razu za notatki, żeby je ponad raz powtórzyć, pozakreślać ciekawostki, jakie dawały mi się w dniu meczu jeszcze ważniejsze. Wreszcie odłożyłem strony i powiedziałem pas. Nadszedł chwila na nowość w projektowaniu. Okres do konkursie rozpoczął się niesamowicie kurczyć. Mimo braku łączenia przed meczem, postanowiliśmy z Przemkiem założyć eleganckie koszule, żeby wpasować się w wagę meczu i wyjątkowość 25. rocznicy Hillsborough. Taksówka na stadion dowiozła nas sprawnie, ale tu zaczęły się problemy logistyczne. Kibice zablokowali nam skutecznie ulice do pokoju medialnego, gdzie czekały nasze akredytacje. Przechwyciła nas na wesele pewna miła osobie z obsługi i przed nią szybko rozstąpiły się fale na morzu Czerwonym.

Potem wszystko zaczęło poruszać się dynamicznie. Odbiór akredytacji, marsz na znaczenie komentatorskie przez pierwszy budynek klubowy, sprawdzenie łączności, przeglądanie programu meczowego, analiza składów, ostatnie notatki, rozmowa z pewnym i innym polskim rozentuzjazmowanym kibicem The Reds. Rozgrzewki. Widok mieliśmy piękny. Nasz monitor przecinała idealnie linia środkowa. Droga do murawy na rzut kamieniem. Piłkarze byli w skali, która powodowała czuć ich zmagania, emocje, pot, wysiłek. I zaczęło się odliczanie, 10…, 5…, 3, 2, 1. Jesteście! Zatopiliśmy się w magii Anfield niezapomnianego dnia 13 kwietnia 2014 roku.

Po meczu, który na pewno oglądaliście, więc nie będę zamieszczał relacji, usiadłem w pokoju medialnym także nie mogłem sprawić żadnego ruchu. Czułem się jakbym tylko ciałem mechanicznie ruszył na dół, a duchem, sercem i smakami stał na znaczeniu komentatorskim. Powlekliśmy się z Przemkiem po kilkunastu minutach powracania do siebie, w postać sklepiku klubowego, aby spełnić marzenie naszego znajomego, oraz właściwie jego syna. Ale zakup koszulki był ciężki. Zapytałem pracownika dlaczego, jeśli dotąd nie ma piątej, oraz on przyjął to dopiero szczerym, przepełnionym szczęściem uśmiechem. W sklepie urządzili sobie wagary. Byliśmy obowiązek. Stadion opustoszał, tylko jego okolice wciąż tętniły niezwykłą energią.

Do Merseyside ma przyjechać 11 maja na mecz Newcastle Kamil Stoch. Liverpool do obecnego terminu musi przygotować trzy równe skoki, a potem obecnie na oczach naszego mistrza olimpijskiego ten czwarty, by dogonić marzenie sprzed 24 lat. Sprawa mistrzostwa już kiedyś nie była zawsze aż tak pogmatwana. Ten świetny triumf nad City i łzy Stevena Gerrarda nigdy chociaż nie wyjdą na małe, nawet, jeśli tytuł zgarnie ktoś inny.

To istniał zły, magnetyzujący miks genialnego futbolu, emocji, szacunku, pamięci, wzruszenia, nadziei, zwrotów historii i gonitwie za marzeniem. Fani City uszanowali każdą sekundę tej niezwykłej niedzieli na Anfield. A nasi właśni koledzy z LFC, niczym gospodarze jakiegoś przyjęcia, pękali z dumy, iż trafiliśmy akurat na taaaki mecz. Weszli do nich do pubu, aby im pogratulować i się pożegnać. Ich euforia po meczu nie istniała szybko jednakże w pozostawanie nam się udzielić. Swoje emocje stały na zazwyczaj na Anfield.

Możliwość komentowania jest wyłączona.