Nadszedł czas na odlot

sport

Obecnie w sobotę lecę na Anfield. Nie nie istniał na konkursu w Liverpoolu. Nie mogę doczekać się „You’ll never walk alone” na 45tysięcy gardeł. Sam chciałbym z nimi zaśpiewać. Będę nucił pod nosem i chłonął każdy dźwięk całym sobą. Cały okres wspominam o tym co wydarzy się w niedzielę w Merseyside. The Reds czy City? Rodgers czy Pellegrini? Suarez czy Dżeko? Mignolet czy Hart? Gerrard czy Toure? Zdąży Aguero? Zagra koncert Silva czy przegra z urazem kostki? Do jakiej bramki trafi Skrtel? Liverpool zbliży się do tytułu czy oddali od wielkiego marzenia, jakie pokrył kurz, jednak po tylu latach nagle ogrzewa coraz lepszy promyk nadziei? Zżera mnie ciekawość. Starcia gigantów, stadionu, miasta, kibiców, emocji, tempa. Oczekuję na nieoczekiwane. Czuję się jak dzieciak, który czeka w szkolnej ławce na lekcję wuefu albo niedzielny podwórkowy mecz o mistrzostwo świata.

Wierzę, iż obecne nie będzie sztucznie pompowany i trzymany w powietrzu więdnący balon. Chociaż nie wyobrażam sobie liczenia w walki dwóch najskuteczniejszych ekip Premier League. Remis będzie na pewno na rękę City, ale również Chelsea. Tylko The Reds albo City mogą stać mistrzami, jeśli zwyciężą wszystko do celu. Londyńczycy muszą liczyć na ich potknięcia. City ma dłuższą drogę, Liverpool o dwa kroki krótszą. A toż zespołu Brendana Rodgersa nie pozostać na wahanie. Liverpool musi pójść na całość. Jeżeli w myśli dodamy awansem Manchesterowi komplet punktów za zaległości z Sunderlandem oraz Aston Villą, to większość City wystawi na tę chwilę 2 punkty nad Liverpoolem. Mało kto wierzy, iż The Citizens zgubią coś przy odrabianiu lekcji na Etihad Stadium. Jedyna na ostatnie szansa dziś na Anfield. Moim przekonaniem jedyna dla Liverpoolu.

Na wstępie sezonu wpisał na odzyskanie tytułu przez City. Ich wzmocnienia, nowy menedżer, odświeżenie atmosfery w szatni, lekkość po zrzuceniu balastu nieudanej obrony mistrzostwa Anglii, to wszystko jednoznacznie wskazywało na nich. Jednak forma oraz historia Liverpoolu mnie oczarowuje, unosi, dodaje skrzydeł. Powiało czymś niepamiętnym, bo kto poza fanami The Reds ma również pamięta z rozrzewnieniem co wydarzyło się w roku szkolnym 1989/1990 roku? Ja szedł do podstawówki o szarych murach. Miałem dwanaście lat, z złym zachowaniem kończyłem piątą klasę. Znów bez czerwonego paska, mimo że wystarczająco wysokiej średniej. Gdy Liverpool pieczętował tytuł w 1990 roku ja byłem opętany miłością do piłki nożnej, kształtowałby się do ważnego w życiu turnieju innego we Francji. Lubiłeś za Holendrami, którzy podbili Europę dwa lata wcześniej, poszukiwałem swoich piłkarskich idoli, nie interesowałem się zagranicznymi ligami, trenowałem w Legii, ganiałem za wszystkim co robiło piłkę (z kamienia po szmaciankę), nie miałem mniemania o porażce na Hillsborough, która była kiedyś świeżą, wielką krwawiącą raną dla wielu rodzin z Liverpoolu. Ten termin mistrzowski, więc i właśnie nadal osiemnasty w treści klubu, a szósty w latach osiemdziesiątych, nie zwiastował końca rządów The Reds. Mam tylko, że lubiłem Johna Barnesa, ale raczej z reprezentacji Anglii, gdyż nie wiedziałem to, iż działa dla Liverpoolu.

Odkładał na Mistrzostwa Świata, dostałem paczkę z zagranicy, natomiast w niej skórzaną piłkę biedronkę z kolorowymi znaczkami i ludzikiem Italia’90. Pękła ostro wyeksploatowana parę miesięcy później ku mojej rozpaczy, kiedy na podwórku działali w „główki”. „Główki” toż stanowiła gra wymyślona na złość wrednemu sąsiadowi, który wnosił w polskiej paczce pseudonim „Jajnik”, ponieważ… był właścicielem jamnika. Nie wiem czy to zdawaliśmy sobie sprawę, czy w ogóle myśleliśmy czym tak jajnik jest. W odpowiedzi toż nie było nasze podstawowe zmartwienie, więc tenże mężczyzna był „Jajnikiem” i spokój. My uwielbialiśmy kopanie piłki, on nam je regularnie psuł. Każdy chyba był takiego „dziada” na podwórku. Rekwirował nam piłki, spuszczał powietrze, przekłuwał i wymagał przychodzić po nie z rodzicami. Powód: działali i latali po trawie, niszczyliśmy zieleń oraz krzaki. Właściwie to my mu nauczyli. Zdejmowaliśmy demonstracyjnie buty, ustawialiśmy między drzewkami bramki, tak na skrawku zieleni przed jego oknem, przebywał na dole, a jakże oraz działali „główki” na kolanach. To istniała pewna zasada. Dystans między bramkami miał kilka metrów, tak nie sprzyjająco rosły drzewka. Bramka posiadała podobne wymiary dla nastolatka, żeby kierować się oraz zapobiegać skórę przed utratą gola. Rywalizacja liczyła na strzałach osobą po podrzuceniu piłki własnym lub poprzez rywala. Walka była zła, piłka się cieszyła, koleżeństwo panowało w dopingu, sąsiad był zły, my święci. W kraju na kolanach.

To pod koniec kwietnia Liverpool w minionej kolejce sięgnął po ci tytuł mistrza Anglii. Teraz koniec sezonu wypada 24 lata i trzynaście dni później. Pech czy przełamanie? W treści Premier League brakuje Liverpoolu na małej liście triumfatorów. Są związki z Manchesteru, Arsenal, Chelsea oraz Blackburn. Okazja jest więc wspaniale niepowtarzalna. Ten konkurs na Anfield wzbudza we mnie tak takie emocje. Pozwala wracać do dzieciństwa, do momentów bardzo czystej zabawy z czucia oraz uczucia piłki. Na taką zawieram w Liverpoolu. Tego nam życzę bez względu na efekt. Niech się dzieje! Odlot.

Możliwość komentowania jest wyłączona.