Nie takie przyjazne jak by się wydawało

sport

Jak sobotnie derby wygra Liverpool, to zyskuje na popularność lidera Premier League, i gdy powodzenie w nich odniesie Everton, toż będzie w tabeli drugi. Te miłe dla kibiców z Merseyside wyliczenia nieco blakną w spraw, gdy oba awanse, zaraz po dwóch godzinach, po lekarstwie na boisko piłkarzy Arsenalu oraz Southampton, może szlag trafić. A już sam fakt, iż po 11 kolejkach zarówno „The Reds”, jak i „The Toffees” są tak około czuba tabeli przypomniało fanom z centra „The Beatles”, że wtedy dziś w Liverpoolu, oraz nie w Londynie czy Manchesterze, najczęściej świętowano – w sumie aż 27 razy – tytuły mistrzów Anglii. Przecież w części listopada o tytule czy występach w Champions League w przyszłym sezonie myślą jeszcze piłkarze przynajmniej aż ośmiu zespołów.

Oba klubą posiadają własne rezydencji w północnej części miasta. W drodze niespełna dwóch kilometrów. Wystarczy tylko przejść przez Stanley Park, by z Anfield trafić na Goodison Park. Jest też coraz wielu kibiców, którzy mają, iż mecze Evertonu z Liverpoolem nazywano „friendly derby”. Przecież jeszcze podczas finału Pucharu Ligi na Wembley w 1984 roku fani obu zespołów, manifestując lokalny patriotyzm, skandowali „Merseyside, Merseyside!”, oraz obecnie w wielu rodzinach mąż sympatyzuje z „The Reds, a kobieta z „The Toffees”, córka jest za Evertonem , oraz syn za Liverpoolem. Oraz nie prześcigają się, nie kłócą. Ale dziś przyjaźni pomiędzy fanami obu klubów nie ma. Odwiedziłem przed laty ośrodek treningowy Evertonu. Umówiłem się tam na problem z urodzonym w Polsce reprezentantem Kanady, Tomaszem Radzińskim. Recepcjonistka jednak długo nie chciała mnie wpuścić do klubowego budynku, ponieważ… przyjechałem z czerwoną torbą podróżną, a ten kolor pracuje na wszystkich Evertonians, jak płachta na byka. A jednak Radziński był idealnym kolegą Jerzego Dudka z Liverpoolu, a przecież później kumplowali się – na dowód — Jan Mucha z Martinem Skrtelem.

Te przyjacielskie relacje pomiędzy piłkarzami obu zespołów nacisku na boiskowe wydarzenia jednak żadnego nie mają. Nie tworzy bo w Premier League bardziej surowych oraz krwistych meczów jak też Evertonu z Liverpoolem, w jakich w wartości pokazano już 20 czerwonych kartek. Na wesele derbom towarzyszą te sportowe emocje, o co w sobotę w 221 derbach Merseyside (87 zwycięstw Liverpoolu, 67 remisów, 66 wygranych Evertonu) raczej możemy stanowić spokojni. Wysokie pozycje polecane przez oba systemy zaś ich stare występy, winnym być obecnego gwarancją. Zresztą obaj menedżerowie – Roberto Martinez oraz Brendan Rodgers preferują ładny dla oka styl gry, co tylko zwiększa prawdopodobieństwo wielkiego widowiska. Spośród ostatniego wszelkiego chyba że wytypować faworyta meczu. Według mnie, takich osobistości jak Luis Suarez, Daniel Sturridge czy Steven Gerrard, w Evertonie właśnie nie ma, tylko za to pamiętają „The Toffeees” bardziej stały i zbalansowany skład, oraz jak zespół pokazują się solidniej od „The Reds”. Nawet po stracie Maroune’a Fellainiego potrafili zadbać o to, by ich inna grupa nie straciła na sytuacje, ponieważ Garreth Barry oraz Jamesa McCarthy natychmiast zapełnili lukę po reprezentancie Belgii, a wychowanek Ross Barkley dał jej młodzieńczego blasku. Oraz teraz wypożyczenie Romelu Lukaku zaprezentowało się – co łatwo było założyć – majstersztykiem. Tak mam pełny wysiłek ze wskazaniem najsłabszego ogniwa w komplecie z Goodison Park. Seamus Coleman? Nie. Sylvain Distain? – I nie. Choćby na ławce rezerwowych zawsze siedzi dwóch lub trzech zawodników, jakich bez większego ryzyka można polecić w bój. Tak i więcej ten doskonały Leighton Baines ze swoimi rzutami wolnymi…

A Liverpool? Gdyby nie to, iż zdążył się wyleczyć na chwila Coutinho, to dobrze możliwości na powodzenie w sobotę przyznałbym dopiero szóstemu w tabeli Evertonowi. Ponieważ choć Suarez ze Sturridge’em mogą z czas do momentu wygrać turniej we dwóch, to zawsze woleliby częściej tworzyć na wszechstronniejszą pomoc ze karty kolegów z nowej grupy. W formy, gdy Gerrard jest jeszcze bardzo celów w defensywie, menedżer więcej obiecywał sobie po Jordanie Hendersonie oraz skrzydłowych. A skrzydła „The Reds” jak nie hulały, no nie hulają jak należy.

Tak toż obdarzony świetnym refleksem oraz energią belgijski bramkarz Simon Mignolet jest prawo być aspiracje do indywidualnych obrońców. Ci raz pracują we trzech, i przeciwnym razem w czteroosobowym bloku, jednak do stabilizacji formy wiele im brakuje. Zwłaszcza, iż najidealniejsi na końcach – Glen Johnson i Jose Enrique często są kłopoty ze zdrowiem. Czyli co? Znów remis, jak w współczesnych dwóch spotkaniach derbowych? Niekoniecznie. A może za to, obecnie w maju, powtórka z okresu 1985/86 albo 1986/87, gdy oba zespoły na rozwiązanie rozgrywek otwierały ligową tabelę? Tymże znacznie niekoniecznie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.