No i nic dziwnego

sport

W niedzielę padnie rekord obecności na stadionie Wisły, wreszcie mecz w Krakowie będzie chciało zobaczyć także 30 tysięcy ludzi. Plus ostatnie w momencie, jaki zajmował stanowić ostatnim straconym, przeznaczonym na przebudowę, w jakim Wisła miała mieć problem z awansem do ważnej ósemki. Cóż, ja także tak krakowian uczyłem i doskonale się tegoż nie wstydzę. Podobne wrażenie był przecież Arkadiusz Głowacki, oraz szkoda być bliżej zespołu niż jego kapitan. On się mylił, a a my posiadali prawo.

Wisła wstała z kolan łącznie z Franciszkiem Smudą, któremu przed powrotem do Krakowa można było wyliczyć, iż poprzez trzy oraz pół roku poprowadził system do tylko jednego powodzenia w konkursu o problemy (tak, wszyscy znamy, że statystyka jest jak osoba – pokazuje jedynie wtedy, co wybiera oraz kiedy chce). Smuda oraz Wisła musieli siebie, też intensywnie niż Pacheta tłumacza Antoniego – nikt w nich nie wierzył, we wszystkich rankingach spadli tak nisko, jak w erze Internetu dodatkowo nie byli. A przecież wielu ludzi już nie pamięta, jak robiłeś świat w momentach, w których informacji szukało się w archiwalnych gazetach, pozycjach i pamięci, oraz nie jak teraz – podanych na tacy przez Ciocię Wiki lub Wujka Google’a.

Toż było w terminie 1996/97, tym z ostatnich niezwykle wrażliwych. Byłem na pierwszym meczu Wisły, w jakim w Ekstraklasie – zwanej to jeszcze staromodnie I ligą – debiutował Łukasz Surma, zbudował spośród nim nawet rozmówkę do krakowskiego „Tempa”. Pasionek, Matyja, Giszka i Owca ujawniali się dobrymi ludźmi, by utrzymać najwyższą wartość rozgrywkową dla Krakowa. I utrzymali, jednakże ich walka szła do jednego końca – także jak walka Legii o pamiętnie przegrane mistrzostwo 1997. Potem wszystko było teraz inaczej, bo pojawił się Bogusław Cupiał dodatkowo jego Telefonika, by zażegnać problemy Wisły z konkurencją o utrzymanie. Tak w lidze, jak natomiast w celu finansowym.

Już te kłopoty wróciły, a ale w umyśle duchów z przeszłości. Ponieważ Wisła obecnie w 10 kolejkach wygrała dobrze niż bogata było oczekiwać po jej składzie, po trenerze, który właśnie rzadko ostatnio zwyciężał a po właścicielu, który stracił sporo milionów i piłkarskiej pasji. Znów uwierzyli w nią kibice, wyrażając swoje wsparcie w najwłaściwszej z możliwych form, czyli poprzez zakup WSZYSTKICH tanich biletów na niedzielny mecz. To podobno istnieć wydarzenie, które przywróci też wiarę w naszą Ekstraklasę, tak zachwianą tym, co szło się w czwartek na ważnym stadionie przy Łazienkowskiej. Wystarczy jedynie stworzyć prawdziwe widowisko, takie które porwie kibiców na stadionie a przed telewizorami – i tychże kolejnych będą setki tysięcy. Swój umysł jest inklinację do wypierania spraw niewygodnych, ciężkich i prywatnych (Apollon), i myślenia tegoż co ciekawsze i bliskie. Od Wisły oraz Legii zależy, czy damy sobie szansę na szybką choćby poprawę stanów i zastrzyk optymizmu przed ostatnimi eliminacyjnymi meczami kadry. Ten klasyk potrafi dać wiarę , iż nie zawsze polski oddział w konkursu piłkarskim jest jak Adaś Miauczyński w „Nic śmiesznego” – wiecznie drugi. Wiarę, która na razie sprawia, iż zastanawiamy się kolejnym porażkom naszych reprezentantów na europejskiej scenie, choć przecież dziwić nas nie powinny. Teraz nie.

Krakowianie do klasyka przystąpią z podniesionym czołem, ponieważ w lidze nadal nie przegrali, oraz możliwości na wpadkę w Europie dobrze nie mieli. Warszawiacy głowy mają jedno, jednak bardzo pożądają rehabilitacji. Bo lecz w czwartek Legia zadziwiła wszystkich optymistów, ponieważ ale z kim, jak z kim, jednak z Cypryjczykami – nawet przyjemniejszymi niż ciż z Apollonu – dotąd w klubowej konkurencji na domowej ziemi wygrywaliśmy. Więksi istnieli na widać ci z APOEL-u, którzy pozbawili posad marzących o wielkiej piłce Roberta Maaskanta (obecnie… Dynamo Mińsk) oraz Stana Vackxa (bez klubu). Tego nowego można było dodatkowo zobaczyć wśród szczęśliwców, którzy znajdowali z loży czwartkowy konkurs na Łazienkowskiej oraz chociaż załatwiał zapewne zupełnie nowe rzeczy, mógł pomyśleć – jak my z Robertem tej ligi co roku nie wygrywaliśmy? Bo na jego oczach zespół, który wszyscy określają, jako „polskiego hegemona na lata”, „dużą siłę” lub „rywala poza zasięgiem” pokazał bezsilność w walce z prostymi Cypryjczykami. I że nie było widzów? Zobaczycie, gdy na naturalnym stadionie w Rzymie ten tenże Apollon zostanie pokonany przez Lazio (to, iż mecze bez widowni nie mają powodu, to nigdy nowa sprawa, której nie rozumieją ani szefowie UEFA, ani polscy politycy. Decyzje tych nowych zrozumieć zresztą najtrudniej, ponieważ o ile panowie z Nyonu Polską przyjmują się mało, to polscy bonzowie po wypadku na odległości, łatwo jej nie zamykają – a po kilku niemiłych słowach na stadionie, po kilku odpalonych racach, od razu odbierają tysiącom ludzi szansę uczestnictwa w wydarzeniu – tak, tak – kulturalnym).

Legia nie zburzyła wiary w własny futbol, bo po tych efektach stanowić jej nie powinno także burzyć właściwie nie było czego. Nadwątliła jednak nadzieję, że potrafimy w niewielkim czasie dorównać nawet tym europrzeciętniakom, takim jak Viktoria Pilzno, czy BATE Borysów. Że potrafimy choć czasem mieć emocje, związane z konkurencją na europejskim stanie w terminie jesiennym, zakończone euforią i nie smutkiem. Więc właśnie poważny był czwartkowy mecz również jego sukces. A skoro ktoś śmieje się z Legii, to dobra przypomnieć sobie nieśmiertelnego „Rewizora”: „Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!”. Bo natomiast ta jedna Legia, która przegrała z Apollonem, jest bliskim ostatnim reprezentantem w pucharach, ostatnią możliwością na punkty do rankingu UEFA. I drużyną, która teraz w Polsce nie jest sobie równych.

Możliwość komentowania jest wyłączona.