No to wracamy

Niczym z bicza trzasł minęły wakacyjne miesiące odpoczynku od hiszpańskiej piłki, choć ktoś dokładny przypomniałby od razu o czerwcowym maratonie z La Roja na brazylijskich boiskach. W takim miejscu aż przyjmuje się, by użyć sformułowania „nareszcie”, „stęskniłem się” itd. Faktycznie to rzeczywiście, ale wybrzmienie tych słów byłoby zdrowsze, żeby to lato przyniosło choć najmniejszy przełom, gdyby rynek transferowy przyniósł bardzo korzystnych niż przeciętnych konstatacji. Niestety, choć nowy świat musi od show, żeby było jeszcze lepsze, ponieważ w innym razie traci zainteresowanie oraz gra z konkurencją, Hiszpania pomaga nam co prawda smacznego, a już lekko przejedzonego kotleta.

Mam z lat młodości, dam nie tak odległej, kiedy z kolorami na osób śledziłem letnie okienko transferowe. Obok galaktycznych zakupów Realu i równie dużych w wykonaniu Barcy, zbroiły się po zęby inne ekipy: Valencia, Deportivo, Saragossa, Celta, Villarreal etc. Dziś pozostało nam tylko odświętne „wow” po pojedynczych zakupach Wielkiej Dwójki. Reszta klepie biedę, co nie jest pokłosiem tych zbrojeń na kredyt sprzed lat. W aktualnym roku odpływ młodych, zdolnych, lub tych mało suchszych a nierzadko także zdolniejszych był znaczny. Tuczy się naszym kursem główna rywalka w walce o byto ligi numer jeden – Premier League (choć po tym co zmalowała Bundesliga w poprzednim sezonie tą opinię potrzeba będzie łatwo zweryfikować). Na pocieszenie jest bawić się z bogatego szkolenia oraz wierzyć w łatwe nosy skautów i dyrektorów sportowych tej linie piłkarskich quasi biedaków. Bilans istnieje jednak niekorzystny chociażby w sądzie do ostatniego, nigdy nie wybitnego sezonu.

Doskonały model z boku – ubyła nam sama „potęga”. Razem z oczekiwaniami Malaga cofnęła się w jakościowym rozwoju. Luki po niej nie wypełnił żaden inny klub. Niestety Hiszpania nie ma szczęścia do ważnego kapitału, więc mam poczucie, że drugiego Monaco czy Man City raczej się nie doczekamy. O rozbiciu systemu dwubiegunowego też nie ma mowy, choć z ironią można stworzyć, iż przecież do elity wrócił Villarreal, któremu jako ostatniej drużynie udało się tego zrobić. Oczywiście dziś Żółta Łódź że co najwyżej myśleć, przy znacznie interesujących wiatrach, o środowisku w Lidze Europejskiej. Na pewno choć jest wtedy wartość dodana, choć przyznam, iż fanem trenera Marcelino nigdy nie byłem. Reszta beniaminków będzie się raczej bić o utrzymanie. Zresztą ta linia zagrożonych znów będzie wygórowana oraz nie jest więc jeszcze dużo wynik równania w dół.
Pewnie mógłbym przelewać coraz tą żółć na papier, ale przecież nigdy nie jest aż tak źle, by nie mogło stanowić wcale, a wierzę, że będzie dużo natomiast toż pomimo tego pełnego o czym wyrywkowo napisałem wyżej. Jednak o tytuł powalczą tylko dwa zespołu (w tak chwalonej Bundeslidze rzecz jest analogiczna), to komunikuje się naprawdę pasjonująca rywalizacja. Jakby nie patrzeć obaj giganci ostatni latem interesujący face lifting. Choć Barcelona prędzej „umrze” niż porzuci swój tiki takowy styl, to wprawdzie osoba nowego trenera (jego filozofia futbolu) plus neymarowo-messiowy kogel mogel wniosą mam nadzieję powiew świeżości o bardzo artystycznym zabarwieniu. Takie są nadzieję, jednak ten co się na futbolu katalońskim dobrze zna, czyli Johan Cruyff ma co do tego duże wątpliwości. Poczekamy, zobaczymy. Równie frapująco powinno funkcjonowań w wypadku Realu. Jeśli Carlo Ancelotti nie ubierze się w tak nielubiany w Madrycie garnitur Fabio Capello, wystawi na dobry smak oraz zaufa „baby” Real wtedy widocznie stanowić znacznie ciekawie; natomiast jeśli do tego dotrze na Santiago Bernabeu Pan 100 mln z hakiem, to El Clasico potrzeba będzie nazywać el Gran Galactico. Walka łeb w łeb o tytuł do poprzedniej chwili – chce wierzyć, iż owszem będzie natomiast żeby, jak najdłużej, fason miało też Atletico, jakie potrafi się nie wzmocniło, a przynajmniej uzupełniło skład, i wtedy obecnie można uważać za sukces.

Dużo obiecuje zaś sobie po trzech różnych drużynach, choć przyznaje, że jest więc optymizm hazardzisty, skoro ich budowa jest wyjątkową niewiadomą. Mowa o Sevilli, Granadzie i Athletic. W centralnym przypadku ryzyko istnieje najważniejsze, ponieważ tez skala przepływów osobowych była duża. Wreszcie jednak udało się zerwać definitywnie z nauką podtrzymywania trupa, czyli ciągłej próby reaktywacji Wielkiej Sevilli. Odejście Jesusa Navasa to zachowanie, a nie znacząca strata. Pod tego piłkarza bowiem trenerzy układali taktykę, jego postać była alibi dla całych innych szkoleniowców nie mających świeżego programu na drużynę. Dziś mamy mało zupełnie inny skład, nową beznavasową metodę a moim zdaniem złotego w hiszpańskich realiach trenera. Żeby to wszystko pięknie wypaliło, no może dopiero po dwumeczu ze Śląskiem. Podobna rzecz w Athletic z Fernando Llorente. Tyle, że on stanowił teraz konsekwentnie odkładany na bok przez to 12 miesięcy. Optymizm wobec Basków piszę na zasadzie wzmocnień i płynącego stąd piłkarskiego potencjału. Przyjście Beńata idzie na nowo definiować grę drużyny. On plus Ander, De Marcos i Muniain – ten kwartet to kopalnia możliwości. Jeżeli nowy trener Ernesto Valverde znajdzie dobrą zasadę to chodźcie rywale. Do tego nielubiany, a pamiętający snajperskiego nosa Kike Sola i dochodzący do Bilbao z świadectwami piłkarskiej dojrzałości obrońcy: Balenziaga i Etxeita. Gdyby ta grupa nie odpali toż będę wysoce zdziwiony. Wreszcie Granada, czyli zespół który jeszcze szacuje się na polskich błędach. Jak wielkie miasto, często pełen stadion, kasa się zgadza, nazwiska też dobre, a wyniki mizerne. Taki świat bez chemii, bez historii. Żyje ponieważ ma abonament na kroplówkę z Udinese. Pomimo tegoż po cichu liczę, iż po aktualnych wzmocnieniach coś się wreszcie musi zacząć. Może pucharów z tego nie będzie, ale możny środek tabeli powinien. Jak to żaden sukces, ale na środowisku dokonań z dwóch nowych lat robiło to, jak osiągnięcie Pico de Aneto. To, iż Granada powinna opuścić mało ważny klub drużyn dramatycznie walczących o mieszkanie nie oznacza, iż dużo on zubożeje. Równanie w dół ma, o którym było bardzo posiada ponad swoje walory. Spodziewam się zażartej walki o byt, oraz momentem jest ona równie ciekawa jak mecze El Clasico. Nie zamierza naznaczać potencjalne ofiary, ale dziś kadrowo najsłabiej wygląda chyba Almeria i Osasuna. Takich motywacji do dobrego śledzenia La Liga jest niewątpliwie więcej. Oczekuje, iż obecnie pierwsza faza nowego sezonu zapewni nam ich mało. Dlatego piloty w dłoń, fotele pod cztery litery i ognia.. Zaczynamy.

Możliwość komentowania jest wyłączona.