Normalnie dom wariatów

sport

To, że w Valencii, od tradycyjna, normalność jest szczególnie deficytowym zjawiskiem wiemy od tradycyjna. Zasadą są wybuchające przynajmniej raz w maju zatargi, afery, niesubordynacje, spięcia. Do tego dochodzi kwadratura koła, jaką bez wątpienia jest struktura ekonomiczno-organizacyjna klubu. Organizm jest właśnie trudny, że teraz chyba nikt poza lokalnymi dziennikarzami nie ma siły się w współczesne wgryzać. Na to wymienia się pęczniejący dług, którego rozmiary – 276 milionów – muszą robić przerażenie u każdego zdrowo myślącego człowieka. W ostatnim wszechogarniającym bałaganie próbuje funkcjonować sportowa, zatem w nauki najważniejsza cecha klubowej działalności.

Po zawirowaniach z jesieni ubiegłego roku dawać się mogło, że wszystko powolutku szuka w normalnym kierunku. Wiosną Ernesto Valverde, krok po kroku, przychodził na określone tory piłkarski mechanizm. Jego metodyka przyniosła dużo łatwe produkty. Odżyli, wydawać aby się mogło, wypaleni piłkarze. Bramki, gdy na zawołanie zaczął strzelać Jonas, właściwe znaczenie oraz rolę w drużynie trener odnalazł Everovi Banedze, oraz więc tylko dwa najjaskrawsze przykłady. Niestety kuszony przez macierz z Bilbao Bask opuścił swoje dzieło. W jego ślady poszedł też Roberto Soldado mający dość zawierającej go niekompetencji, ziejącej z gabinetów ludzi zarządzających klubem.

To aczkolwiek nie oznaczało katastrofy, wszak pewnie nie jest ludzi niezastąpionych. Następca Valverde płacił się bowiem strzałem w dziesiątkę. Miał za sobą dużą szacunku karierę piłkarską, której ważnym faktem była atrakcja dla Nietoperzy, odpowiedni charakter, oraz dobrze duży sukces ze bardzo słabszym kadrowo beniaminkiem z Valladolid, który, co może najważniejsze w przykładu takich drużyn, grał oraz doskonale i skutecznie. Pozornie wszystko szło we dobrym kierunku. W pole Soldado i indywidualnych odchodzących przyszli dobrzy oraz bezpieczni następcy. Wyniki meczów sparingowych również nastrajały optymistycznie. Jednym słowem przed pierwszym gwizdkiem premierowego meczu z Malagą zawiało optymizmem. Istniał ostatnie natomiast powiew równie szybki co zły.

Djukić już wyborem wyjściowej jedenastki w głównym meczu wywołał duże zdziwienie. Nakładając na wszystkiego żółtodzioba, żeby nie powiedzieć niemal amatora – Fede, a sadzając gwiazdy, wywołał wrażenie lekceważenia rywala i zbytniej pewności siebie. Fede nie zawiódł, ale Valencia tak. Żebym nie fatalny błąd bramkarza Malagi mogło się skończyć podziałem punktów. Człowiek mógłby powiedzieć pierwsze koty za płoty, a w dodatkowym meczu, z teoretycznie znacznie słabszym od Valencii rywalem, Nietoperze zagrały katastrofalnie, choć do sklepu po pauzie kartkowej wrócili Jonas, Mathieu oraz Parejo. Trudno powiedzieć, jaki schemat taktyczny chce stosować Serb, jednak jedno stanowi wydajne – to nie działa. Dziennikarze przed sezonem wskazywali, iż punktem wyjścia jest forma stosowana przez Djukicia w Realu Valladolid. Jej rozkład był jasny, tylko bardzo skuteczny. Sześciu piłkarzy broniło, czterech atakowało, przy czym ta ofensywna grupa płynnie rotowała się na sytuacjach. Jeżeli do ostatniego wsparcia udzielali boczni obrońcy – głownie prawy – Antonio Rukavina, to rzadko która defensywa dawała radę.

Inteligencja boiskowa i sztuka kierowania się dwójki Ebert – Oscar była tutaj kluczowa. Wydawać żebym się mogło, że taki pomysł w lekko zmodyfikowanej wersji dobrze się zobaczy w Valencii, w jakiej odpowiednich piłkarzy niezbędnych do jej sztuki nie brakuje. Niestety, gdy zatem było takie proste, to zapewne każdy dziennikarz piłkarski obdarzony zmysłem analizy taktycznej mógłby powodować klub. Realia i są takie, że piłkarze Valencii nie za dużo znają co planują robić oraz gdzie w określonym czasie widzieć na boisku. Tak chwalony wiosną, oraz latem wręcz wynoszony na piedestał Ever Banega rzuca się z piłką po całym boisku. Zupełnie bezproduktywny był w meczu z Espanyolem Jonas, podobnie Feghouli. Nawet rodzić się mogło ta deska ratunku – Canales – nie potrafił odnaleźć się w sztuce, choć szukał jej z ogromnym zaangażowaniem.

Jednym słowem bryndza. Płaci się, iż Djukić za szybko uwierzył w własną siłę sprawczą oraz zamiast, jak Valverde, kroczek po kroczku, zmieniać zespół, przeskoczył jednym susem kilka taktycznych długości. Temat w ostatnim, że piłkarze dalej są na wcześniejszych pozycjach. To jednakże tylko jedna strona medalu. Szatnia Valencii przeważnie była dokładna min, które powstawały z dość stałą częstotliwością. Konflikty między piłkarzami, oraz przede ludziom na prostej zawodnik – trener miały były element pejzażu. Kolejni trenerzy albo pozbywali się z klubu maruderów lub byli zmuszeni wejść spośród nimi w wszelki rodzaj kohabitacji. Najspokojniej było ostatnio za panowania Ernersto Valverde. Czuło się, iż ten stan może zdobyć i okres trwania Serba. Niestety. Doszło nawet do wybuchu o charakterze łańcuchowym. Rozpoczęło się od Pablo Piattiego, którego klub chce się za wszą cenę pozbyć. Nic w ostatnim szczególnego, wszak Argentyńczyk zarabia wyjątkowo dużo, oraz daje drużynie niewiele. Takie granie to normalna kolej rzeczy. Gorzej, że sam trener na jakimkolwiek okresie zupełnie odstawił na bok piłkarza, uniemożliwiając mu częste przygotowania do sezonu. To wyjątkowo nie spodobało się jego znajomym z zespołu. Piatti konsekwentnie odrzuca zaś kolejne propozycję, to że się okazać, że woląc nie chcąc Djukić będzie musiał go otrzymać znów pod swoje skrzydła. To a tylko nieliczna minka, te niezwykłe odpalili niemal równocześnie Jeremy Mathieu i Vicente Guaita. Pierwszemu odbiło zupełnie kiedy przez media wysłał do trenera dictum następującej treści: „domagam się zabawy w zwykłym sklepie a ale na lokaty stopera”. Zaraz po kajał się publicznie za te pojęcia, ale mleko się już rozlało. Notabene w konkursie z Espanyolem Francuz zagrał… oraz jakże by inaczej na lewej obronie. W pozostałym meczu może przecież spocząć na ławce ponieważ poza obroną przy stałych fragmentach nic dużego nie pokazał. Co do Guaity propozycja jest doskonała. Hiszpan przegrywa walkę z Diego Alvesem i wymaga odejść. Jego niespełnienie dodatkowo nie skoncentrowało się do poziomów wybuchu, ale atmosfery w szatni z gwarancją nie poprawia. Jeśli damy do ostatniego zawsze wypychanego z klubu Adila Ramiego (Valencia chce za niego wziąć niezłą sumkę, piłkarz nie ma celu odchodzić), coraz dużo sfrustrowanego rolą rezerwowego Sergio Canalesa, nieobliczalnych Feghouliego czy Banegę, toż ważna jedynie czekać kiedy, natomiast nie czy wybuchnie kolejna bomba. Przecież nieszczęścia chodzą parami, zaś w Valencii grupami.

Możliwość komentowania jest wyłączona.