Ostatni czas nadszedł

Wczoraj przyleciałem do Manchesteru via Monachium na prawdziwy mecz. Anglicy mówili i budowali o nim: „massive”, „key”, „must win”, „crucial”, „derby decider”. Tak dawno nie stanowiło w Premier League, ba, nawet w komplecie w angielskiej ekstraklasie okazji ku temu, żeby City mogli dokonać sezon wysoko niż United. Ostatnio w 1991 roku, ale oba kluby zajęły wówczas pozycje numer 5 i 6. Już są zaklepane pierwsze dwa miejsca.
Po przylocie wskoczyłem w jedno południe w biegowy strój i poszedł z hotelu pod Etihad Stadium. Po pierwsze tutaj ludzie pamiętają i rozmawiają o tym obiekcie City of Manchester Stadium. Po drodze spotkałem sporo błękitnych kibiców, centrum miasta pełne jest przez The Citizens. Po kilkudziesięciu minutach miłego biegu najpierw po małych miejskich uliczkach, potem wzdłuż zadbanego lokalnego kanału, po spotkaniu wielkiej nastawionej bojowo dzikiej gęsi, która syczała groźnie, ale jakoś się przecisnąłem, uff, wreszcie ujrzałem mój cel. O tej porze telewizje rozwijały swoje kable, warta miała bezpośrednie odprawy, mężczyźni w składach z błękitnymi smyczami na szyjach w pośpiechu przejmowali się wokół stadionu. Etihad Stadium jest budowlą solidnych rozmiarów, przyklejoną do systemu obiektów sportowych. Zrobiłem dwa kółka wokół stadionu, namierzyłem moje „media entrance” i wzięło mnie szybkim, gibkim krokiem do hotelu. Poczułem pierwszy lepszy dreszcz na plecach.
Po kąpieli wyruszyłem z Rafałem Nahornym, niestety wskutek przerastającego organizatorów zainteresowania derbami akredytację otrzymałem tylko jeden, oraz operatorem kamery Markiem Borkowskim i dźwiękowcem Michałem Staweckim na obiad. Co zjadłem jako zawodowiec – profesjonalista przed taaaakim meczem? Oczywiście fish & chips w prostej tradycyjnej knajpce. W ośrodku pełno od lokalsów, sporo starszych osób, to ciągle mnie zastanawia i trzyma na Wyspach, mimo smażeniny zero uciążliwego zapachu, znaczy smrodu spalonego tłuszczu, na ścianie znakomita oferta: „Fish special, 5 pounds”. Frytki z ziemniaków, ponieważ często te mrożone są z puree wtłaczanego do frytkowych form i wzbogaconego czymś kleistym, dorsz w panierze i gnieciony groszek. Do ostatniego puszeczka mocno zgazowanej coli i „real british dinner” wylądował w moim pustym żołądku. Było ważne, słowo!
Podczas spaceru po mieście w jednostce był spokój. Dla mnie toż zbyt wcześnie, 7 godzin przed meczem, żeby nadmiernie już mieć to co się wydarzy. Adrenalina piłkarska zawsze chodziła mi dopiero w szatni po przyjeździe na stadion. W komentowaniu mam też. Tym całkowicie był dokładny luz, pozbawiony obaw, stresu, niepokoju. Miałem wszystko dość szczegółowo zaplanowane, byłem już na polu, doleciałem, znałem okolicę, stworzył w biegu rekonesans na stadionie, pozostało czekanie. Jedyna niepokojąca sprawa. Tego doskonale nie znosiłem jako piłkarz. Popołudniowy trening poprzedzającego mecz dnia, wyjazd do hotelu, wspólna kolacja, analiza wymieszana z odprawą, sen, śniadanie a wszystek doba w noclegu w żółwim tempie spieszący się aż do 17, po podwieczorku wszystko zaczynało przyspieszać, na wesele. Ja lubię być pełen grafik, istnieć w leczeniu, skrajności mnie wykańczają, szczególnie ta powiązana z nic nie tworzeniem i tumiwisizmem. Ale moment w Manchesterze popłynął sprawnie.
Około 17:30 naszego czasu z wydrukowanymi notatkami poszedł na stadion. Taksówka za 7 funciaków i znów zobaczyłem znajomy widok. Przy wejściu głównym już tłoczyli się fani City, żeby zająć najlepsze pozycje na przywitania obu drużyn, oczywiście diametralnie różne. Otrzymanie mojej akredytacji zajęło kilka sekund, miła Kobieta była przede mną w fazie drobne utrapienie z Obywatelem Azji, który na indywidualnej legitymacji dziennikarskiej w ogóle nie przypominał gościa będącego tuż przed Nią. Po chwili jednak fotka z paszportu załatwiła sprawę definitywnie. A wtedy pomaszerowałem na 3 stan na trybuny. Od kiedy mamy swoje Euro areny przestałem jakoś szaleńczo poruszać się stadionami. Spełniamy europejskie standardy, nasze stadiony pachną nowością, rozwiązania są wszędzie prawie identyczne. Niestety byłem w stronie szatni, tam moja akredytacja nie sięgała, stał na odpowiednim krzesełku z obrazem na pełne Etihad. Przekartkowałem dość ciężki i ładnie dany w kształcie zeszytowym program meczowy, zaś w nim długi wywiad z Sergio Aguero, plakat Vincenta Kompanego, chyba ktoś wyczuł pismo nosem, że Belg zostanie bohaterem derbów, masa statystyk, wspomnienie najważniejszych meczów derbowych w akcji, kolumna Kapelana klubowego, trochę o młodzieży, kibicach i nawet miejsce dla uznanych za zaginionych kibiców klubu. Było co poczytać.
Przyszedł a czas, żeby odnaleźć moje znaczenie na Etihad Stadium. Pod dachem na balkonie przygotowano stanowiska komentatorskie. Tam wpadłem na Popularność, sympatycznego Dżentelmena odpowiedzialnego za podłączenie wszystkich monitorów, skrzynek, mikserów dźwiękowych i słuchawek dla komentatorów. Stanowił w zakładzie. Kilkanaście minut później połączyłem się ze studiem Canal+ i wiedziałem, że technicznie szafa gra. Pozostało odkładać na mecz. Tymczasem obie drużyny wyszły na rozgrzewkę. Zaskoczyło mnie, iż był na niej prawie na godzinę przed „kick offem” Joe Hart, bramkarz City. Począł od podawania piłki z dwoma trenerami i Costelem Pantillimonem, ale wszystko po ziemi, właśnie od stopy do nogi, bez gwałtu, wielkości i pośpiechu. Stopniowo dystanse i dużo zagrań się wydłużały, aż wszyscy zgodnie przeszli do działań bramkarskich. Zwróciłem opinię na sprytny manewr użyty w charakteru oszczędzania zazwyczaj najbardziej zaoranego pola bramkowego. Za linią ostatnią kilka metrów od bramki, po obu stronach boiskach wyłożono dodatkowe pola bramkowe z takiej samej darni kiedy ta boiskowa, żeby podczas rozgrzewki można było strzelać, tylko nie niszczyć boiska. Oczywiście na bramki techniczne przyciągnięte przez boiskowych na kółeczkach. Ten sens to jedno, ale poszanowanie i przyjmowanie go toż nowe. United i City znaczną grupa rozgrzewki odbyli właśnie tam. W cenie niszcząc przedpole bramki mogli zaszkodzić głównie samym sobie.
United dostali w rozgrzewkę sprawnie, tyralierą na całkowitej szerokości boiska, City w pozostałej formie na krótszym skrawku. Ja nasłuchiwałem sobie równocześnie rozmowy w studio prowadzonym w Stolicy przez Andrzeja Twarowskiego. Koło mnie pojawił się były piłkarz Manchesteru United, starszy Pan Paddy Crerand, gwiazda Czerwonych Diabłów z lat 60. i 70. Współkomentował te derby dla MUTV. Po odpowiedniej stronie siedział komentator z Beijing TV, i dużo na wszystkim balkonie zaroiło się od dziennikarzy przy zachowaniach. Wreszcie piłkarze wyszli na murawę, rozbrzmiał fajny, bo suchy i aktywny hymn City „Blue Moon” i otworzył się super mecz. Obraz był korzystny, dość daleko, ale najważniejsze, iż na powietrzu. Na bliskich stadionach najczęściej ocenia się zza szyby. Mnie toż uwiera, bo wolałbym trochę zmarznąć zimą, a spocić się latem, a być częścią tumultu na trybunach. A tak dużo atmosfery ucieka. Niby słyszę ją w słuchawkach jako „ifl”, przecież nie czuję oczywiście jak chciałbym. O meczu nie piszę, bo go na pewno oglądaliście. City osiągnęliśmy swoje, sir Alex przekombinował ze sklepem, miano „Man of the Match” dostał Gareth Barry, choć najlepiej chyba grał Yaya Toure. City zwyciężyli, skoro byli zgodniejsi, nastawieni na triumf, idący do niego dużą parą. Więc stanowiło odbierać na trybunach. I Czerwone Diabły chciały utrzymać status quo w tabeli na dwie kolejki przed końcem. Wtedy stanowiło prawdopodobnie gołym okiem.
Dobrym czasem była rzeczywiście eksplozja nadziei na Etihad po ostatnim gwizdku Andre Marrinera. Szaleństwo nie przeniosło się natomiast na sektor zdruzgotanych, wyciszonych United, zostało na bliskich stanowiskach. I kilka tysięcy fanów z Old Trafford oddzielał z całego błękitnego City of Man Stadium rząd porządkowych w jaskrawożółtych koszulkach. Nie komandosów, robocopów, żółwi ninja, po prostu ochroniarzy działających jako co tydzień przy meczu. I żadnego płotu na 3 metry, zwykły sektor gości wydzielony za jedną z bramek. Karnet na mecze Premier League to skarb, a zakaz stadionowy to nie zabawa. Podejmuje się mecz, Ty jesteś prawnie usunięty z widowiska, a do tegoż potrzebujesz pojawić się równocześnie na określonym posterunku policji. Naturalne i sprawne. Pełna opieka i układ.
Po odśpiewaniu z Liamem Gallagherem z Oasis, fanem City, i dziesiątkami tysięcy fanów kilku piosenek, kupiłem sobie porcję frytek i popłynąłem wraz z błękitną falą kibiców do hotelu. Spałem gdy dziecko. Na szczęście dla nas tenże termin nadal żyje i jako mówi Roberto Mancini, nadal to United są w nim faworytem. Dzielił na City w derbach dla pasjonującej końcówki sezonu, wybierał takiego szaleńczego zwrotu akcji, ale jakoś dziwnie czuję pod skórą, że Włoch się nie myli.
Chodzę na fish and chips, w wyniku dziś Święto Pracy!

Możliwość komentowania jest wyłączona.