Podobnie jak brzydkie kaczątko

sport

Poprzez lata spotykała się w cieniu znienawidzonego rywala z La Corunii. Podobnie, jak Deportivo wykonywała domową krzepę na kredyt. U szczytu potęgi, reprezentując Hiszpanie w Lidze Mistrzów, spadła sensacyjnie z ligi. Po rocznej banicji wróciła zaś więc z przytupem, ponieważ sezon zakończyła na europejskim szóstym miejscu. Równie niespodziewanie po drugich 12 miesiącach spadła, by aż 5 lat oglądać wielką piłkę jedynie w telewizji. Od 3 lat znów jest w elicie, jednak tym zupełnie nikogo nie zaskakuje, rok po roku z trudem zatrzymując się przed degradacją.

Rola piłkarskiego słabeusza kibiców i sterników Celty mocno uwiera. Niestety finansowe możliwości ruchu są bardzo ograniczone, co jest produktem ułańskiej polityki finansowej poprzednich właścicieli klubu. W takich warunkach można, co wysoko, jako tako wegetować, natomiast wtedy oznacza budowanie zespołu naprędce, mozolna walkę o byt, wyprzedaż najlepszych po terminie a właśnie w kółko. W Vigo postanowiono jednak wybrać inny scenariusz: ambitny i długi, ale ryzykowny. Wykiełkował on w głowach prezydenta Carlosa Mourińo i jego pracowników w trakcie ostatniego sezonu. Zaczęło się od jasnej deklaracji pisania na młodych piłkarzy z regionu, co w terenie rzeczy novum nie było, ponieważ Celta z kilku lat całkiem udanie w obecnej rzeczy się porusza. Tym razem jednak chodziło o pokierowanie priorytetowego strumienia środków pieniężnych dopiero w tym kursu. To nazywa budowę profesjonalnego centrum szkolno-treningowego i przeznaczenia gros wpływów na akcję z młodymi talentami. Równocześnie jednak powyższą filozofię rozciągnięto na seniorski zespół, rzecz jasna z uwzględnieniem realnych wymogów walki o utrzymanie. To a oznaczało znalezienie trenera wizjonera potrafiącego całościowo zdjąć oraz sprawnie dokonać tą pracę. Wybór padł na Luisa Enrique. Ten, jak wiemy z powodzeniem budował siłę drugiej drużyny Barcelony opartej o małych wychowanków Barcy. Trudniejszego wyzwania, jakim było realizowanie „seniorskiej” Romy nie przekuł chociaż w zysk. W Vigo krzywa sukcesu jeszcze na ciosie nie idzie ku górze.

Nie oznacza to, iż szybko można odtrąbić porażkę. Wyniki oczywiście są dalekie od oczekiwań (Celta nie wygrała meczu u siebie), tylko z kolejki na kolejkę częstotliwość dobrych wrażeń, także powoli przekuwających się na momenty jest jeszcze popularniejsza. Kolej na momenty. Luis Enrique ma wysoką koncepcję personalna oraz taktyczną. W letnim okienku transferowym szedł do ściągnięcia jak najdłuższej grupy graczy, z którymi przebywał w rezerwach Barcy. Skończyło się na trzech, dziś pewniaków w wyjściowym składzie. Barceloński kształt posiada ponad ustawienie zespołu – systemem ważnym jest 4-3-3. Na ostatnim a porównania z katalońskim klubem się kończą, choć na obecny etap. Nie odda się bowiem ukryć, że tiki-taka z Vigo jest właściwie karykaturą tej katalońskiej. Niestety ciż wykonawcy, nie ten punkt zgrania zespołu. Momenty dobrej, płynnej gry natomiast są plus wtedy one idą z optymizmem patrzyć w przyszłość. Drużyna chce kierować się przy piłce, dominować zaś to jej się częstokroć udaje. Temat jest zawsze zarówno tzw. ostatnie danie oraz skuteczność. Za często po długim rozegraniu któryś z piłkarzy decyduje się na bezsensowne dośrodkowanie. W obecny rób Celta zaprzepaszcza znacznie dużo zapowiadających się akcji. W tłu karnym brakuje też klasowego egzekutora. Król strzelców tego etapu Segunda Division – Charles nie jest chyba zarówno odpowiednich wiedze, kiedy i zadowolenia w polu karnym rywala. Jego zabiegi to jednak pryszcz w porównaniu z brakami gry obronnej. Szczególnie słabo wygląda para stoperów, w jakiej jeszcze nic do powiedzenia ma nowy David Costas. Ten mężczyzna to ciekawy przykład zmian, które mają być w Celcie. Zaledwie osiemnastoletni wychowanek na jakiego powiedzmy szczerze postawić mógł ale bardzo silny trener. Ta cecha jest jedyną z kilku wiodących u szkoleniowca Celty. Drugą jest pewność siebie ujawniająca się następującymi deklaracjami: „nie jestem przyspawany do stolika, jeżeli moja koncepcja straci aprobatę władz, momentalnie sam podam się do dymisji”. Na razie prezes deklaruje pełne zaufanie do trenera, i tenże zaprowadza własne porządki, nie ludziom w Vigo się podobające (spora dawka kibiców i dziennikarzy). Wzorem zasad panujących w Barcie od czasów Pepa Guardioli nie udziela wywiadów, leżąc na badania tylko podczas rozmów, zamyka treningi dla środowisk (przed tym konkursem z Realem Sociedad ta separacja była cały tydzień, a określana była szpiegowską działalnością niektórych dziennikarzy na praca rywala. Chodziło o przegrany mecz z Rayo). Każdy przełknie ale taką żabę, jeśli ambitny projekt zacznie nabierać rumieńców. Gwarancji na to tak nie ma, ale pamiętam, iż warto dać nieco większy kredyt zaufania trenerowi, jaki posiada znaną oraz klarowną wizję, zamiast ściągać strażaka poruszającego się od teorii do nauk.

Możliwość komentowania jest wyłączona.