Skrzydlate osiołki

sport

Zszedłem z gór do Warszawy i czas nadrobić wakacyjne zaległości, czyli wziąć na warsztat tematy (dwa), o których miałem napisać jeszcze przed mistrzostwami świata. Do prace więc.
Wiem, iż w którymś z wcześniejszych wpisów wyznałem, że skóra w przygotowaniu juniorów to gwoli mnie dyscyplina nietelewizyjna. Żyć chyba głód futbolu spowodowany przedmundialową pustką, w której nic się nie działo poza nudnymi meczami towarzyskimi, i może poczucie zawodowego obowiązku, że indywidualne natomiast kolejne, spowodowały, że się złamałem. W czerwcowe wieczory dość chętnie przełączałem się na kanał RaiSport1, by śledzić finałową rozgrywkę mistrzostw Włoch juniorów starszych, wedle tamtejszej nomenklatury drużyn Primavera. W dokonującym się systemem pucharowym turnieju ośmiu zespołów od powodzie było interesująco. Najpierw uznawana za dyżurnego faworyta Roma realizowana przez ojca Daniele de Rossiego, mimo iż wygrywałam z Lazio 2:0 i kończyła mecz w liczebnej przewadze, uległa 2:3. W grupie Simone Inzaghiego nad wszystkich wyrastał Joseph Minala, z jakiego niezły ubaw byliśmy pewni bywalcy internetowych forów piłkarskich. Porównując zdjęcie Minali z metryką nijak nie pasowało, że otwarty na nim pan urodził się w 1996 roku. Minala naczytał się oraz nasłuchał mnóstwa uwagi na domowy problem. Nie umiem, ile ma lat, chcę jednak wierzyć, iż tyle, ile podają oficjalne dane, ale pomocnik to ważny. Również bardzo dorosły.
Niestety, po tym gwizdku sędziego Minala dał się sprowokować romanistom, zobaczył czerwona kartkę także w półfinale z Torino go zawiodło. Ten mecz urósł do wielkości przedwczesnego finału.

O Torino naczytałem się samych dobroci. W cuglach wygrało swoją rodzinę, w ćwierćfinale uporało się z Atalantą. Szybko przekonałem się, iż właśnie grają tam perełki. Zwłaszcza nad jedną warto się pochylić. To Mattia Aramu (1995), który dał mi się młodszą kopią Alessio Cerciego. Też lewonożny, też najchętniej kierujący się po prawym skrzydle oraz wynoszący strzelecki zmysł. A może jeszcze tak z Cerciego kopiący z piłki stojącej. Z radością obserwowało się na jego grę. Lazio wbił dwa pierwsze gole, tylko to stanowił wyłącznie początek emocji. Po regulaminowym momencie było 3:3, w dogrywce szczęście dopisało Torino. Na osiągnięcie zasłużyli sami i drudzy.

Druga ścieżką po cichu szło Chievo, które w zeszłym sezonie pasowało do półfinału oraz właśnie w fazie zasadniczej dokonało wielkich rzeczy – zburzyło ustalony spokój oraz wyprzedziło Atalantę, Inter oraz Milan – ale jakoś w tekście wygrania mistrzostwa nie było mocno brane pod uwagę. Tymczasem odprawiło Juventus, stoczyło zacięty bój zakończony zwycięskimi karnymi z Fiorentiną i po raz ważny w akcji odnalazło się w celu. A dopiero w nim obejrzałem tę drużynę. Trochę żałowałem, bo wystąpiła bez dwóch napastników: Isnika Alimiego a przede każdym Victora da Silvy, który z 19 golami został królem strzelców sezonu zasadniczego.

Półfinały były atrakcyjne (jeden widziałem, oraz o różnym czytałem, że tak), finał trochę rozczarował. Raz, że cena, dwa osłabienia, trzy zmęczenie turniejowym rytmem oraz upałem. Jednak mimo 0:0 po 120 minutach, było na co również na kogo popatrzeć. Jeśli mecz zatrzymał się rzutami karnymi, to rolą rzeczy większość splendoru musiała spłynąć na bramkarza Chievo Simone Moschina (1996). Toż nie jakiś gigant, ale bardzo sprawny, bliski i silny bramkarz, ze pięknym refleksem. Jakby stworzony do spekulacji na obecnej funkcji. Dużo wydajne wrażenie pozostawili stoperzy Domenico Brunetti oraz Kevin Magri, w uwadze przyciągał uwagę Malick Mbaye, czyli typowy ciemnoskóry środkowy pomocnik. Komentatorzy zachwycali się w zestawie całego czasu skrzydłowym Lorenzo Marchionnim, który właśnie w efekcie szybko doznał kontuzji. Wymieniam te nazwiska trochę bez względu, ponieważ że trzeba będzie o nich sobie przypominać najwcześniej za dwa-trzy sezony, jak już szlify uzyskają w ciemniejszych ligach oraz dopiero ruszą zdobywać Serie A. I spośród obecnego co widziałem teraz najkrótszą trasę do niej zawierają Aramu i Minala, który obecnie w Lazio grywał. Jeśli wierzyć innym na słowo – oraz Da Silva.

Jednak najbardziej zdziwił mnie nie jeden albo inny piłkarz, ale fenomen Chievo. Zdecydowanie nie spodziewałem się takich produktów na tym okresie po tym oczywiście klubie. Przyzwyczaiłem się, że wszyscy skazani na obronę przed spadkiem obstawiają się rutyniarzami, takimi zgranymi trochę umowami dodatkowo w odpowiedniejszym albo gorszym stylu chodzą na przetrwanie. Ma się tu a właśnie, oraz przyszłość co najwyżej ta najbliższa – do celu sezonu, młodzieżą i wychowankami nikt sobie głowy nie zaprząta. A tu taka niespodzianka. Chievo inwestuje, pracuje u podstaw, szuka po całym świecie, ściąga, daje warunki do wzroście. Dane oraz stare od wielu lat powiedzenie, że prędzej osły zaczną latać niż Chievo awansuje do Serie A nabrało nowego znaczenia. Teraz osiołki z Chievo dostały skrzydeł. Zobaczymy, jak wysoko się wzniosą.

Możliwość komentowania jest wyłączona.